Strona główna > Eseje, n - Tropia > Esej o dymie i głodzie

Esej o dymie i głodzie

Jest 4:05, a oddzielone od kapitalistycznej predestynacji Katowice regenerują siły na kolejny dzień zmagań ogarnięty wyścigiem po złotówki. Zapewne dla jednych będzie to ucieczka od”: przepełnionej cynicznymi uwagami kobiety, od manifestujących swą organiczność dzieci, od wizji przyszłości, której oceanicznie chłodna natura paraliżuje członki. Dorosłość. Inni natomiast będą starali zabarykadować się „do”: hamującej indywidualność pracy, do wykonywanych mechanicznie czynności zleconych przez zarząd firmy, do stanu permanentnej teraźniejszości, by tak samo jak ci pierwsi zatopić się w nirwanie niemyślenia.

Rzeczywistość wypacza nasze poczucie spontaniczności, gasi palący żar, rozniecony być może przez jakąś wyższą istotę, która napracowawszy się przez sześć intensywnych dni, przedłużyła sobie ostatni z nich – dzień odpoczynku. Wydaje się więc, że nic-nie-robienie jest przesiąknięte pewną dozą metafizyki i magii, które nieuchronnie zbliżają nas ku doskonałości. Paradoksalne?

Emil Cioran komentuje to w taki sposób: „Wytężona, nieustanna praca otępia, spłaszcza, niszczy osobowość. Przesuwa centrum troski i zainteresowania ze strefy podmiotowej w przedmiotową strefę rzeczy, na płaszczyznę mdłej obiektywności. Wówczas człowiek przestaje się interesować swoim osobistym przeznaczeniem, swoją wewnętrzna edukacją, podsycaniem tlącego się w nim światła osobowości, by zabłysło pełnym, ciepłym blaskiem; ważne są dlań tylko fakty i rzeczy(1)”.

Jest 4:50, a pozbawiony nikotyny organizm domaga się masochistycznej inhalacji. Odpalam więc spokojnie papierosa, bo mam czas. Złapać czas za wykręcone w spiralę rogi, to ironicznie spojrzeć na restrykcje współczesnego świata. Buchnąć mu dymem w pozlepiane z przerażających nakazów oblicze, by zakasłał nadmiarem woli palacza. Nie wiem jak inni studenci V roku, ale ja roztopiłem się w Raskolnikowej nudzie, która sprawi, że albo zabiję jakąś chciwą starą jędzę, albo zacznę zastanawiać się nad otaczającym mnie światem. Obie opcje mają coś kuszącego do zaoferowania, pozostaje jedynie zajrzeć w głąb własnej studni sumienia i wyłowić ze zwierciadlanej tafli odpowiedź…

Tymczasem miasto jeszcze nie wie, a być może nigdy się nie dowie, że w momencie, kiedy ono jest pogrążone we śnie, komuś ta możliwość została odebrana. Komuś grzechy rozmyślań nie pozwalają oczyszczająco przewrócić się na drugi bok i bezproblemowo zachrapać. Jeszcze chwila, a w moje ślady pójdzie reszta katowickiego społeczeństwa, by zrobić wszystko w imię pełnego żołądka. „Za jadło poeci śpiewają jak słowiki, filozofowie tworzą systemy, sądzą sędziowie, leczą lekarze, wyją klechy, młotem i siekierą pracują robotnicy, orzą rolnicy, a państwo wżera się coraz wyżej, tworząc najwyższą kulturę(2)”. Już w szkole na lekcjach biologii wmawiano mi, żeby zaspokoić potrzeby wyższego rzędu – wzniosłe stany świadomości – należy wpierw dać upust swoim pierwotnym, zwierzęcym instynktom, takim jak wchłanianie i wydalanie. Tylko dzięki tej fizycznej cyrkulacji jesteśmy w stanie wznieść się na wyżyny ludzkiego ducha, stworzyć piękno, które na wieki będzie odbijało się echem w wszechogarniającej pustce egzystencji. Dotyczy to każdego z nas, lecz jednocześnie owa konieczność dzieli ludzi na dwie kategorie. Z jednej strony mamy tych, którzy w imię pełnego brzucha (czyli jeszcze pozbawieni kalorycznego uzupełnienia) podejmują działanie, by skonstruować coś wyjątkowego: „Za jadło poeci śpiewają”. Można by uznać ich za element społeczeństwa, który konsumuje w imię wyższych wartości. Z drugiej strony mamy szarą, efemeryczną większość, która pochłania dla samego pochłaniania. Motywem ich egzystencji jest potrzeba nażarcia się, usunięcia nadmiaru niepotrzebnych związków z organizmu i ponowne nażarcie się. Rozumiem ich, ponieważ manifestują swoja postawą Darwinowską prawdę, uzmysławiającą nam od kogo pochodzimy i kim w rzeczywistości jesteśmy. Spójrzmy na swoje ręce i nie kamuflujmy w formie zaciśniętego kułaka racjonalnej prawdy, że na zakończeniach palców rosną nam pazury.

Jest 6:00, więc miasto rozpoczyna swą krzyżową krucjatę. Na połączonych prostopadle odcinkach ulic pojawiają się jednostki mknące pospiesznie do wyznaczonych przez burczenie w brzuchu obowiązków. Również zmechanizowane pojazdy zaczynają limfatycznie zasilać żyły przebudzonego miasta. „Wolność przemieszczania się w obrębie miasta stała się dzisiaj, można by rzec, najważniejszym czynnikiem stratyfikującym(3)”. Spróbuj zakazać komukolwiek od-chodzenia, bądź do-chodzenia, a spojrzy na ciebie wzrokiem pogardliwym i pełnym nienawiści. Nawet ludzie o ograniczonej dozie sprawności wymagają, by urbanistyczni architekci projektowali w sposób dający im możliwość pokonywania odległości. Nikt nie chce pozostawać w miejscu. To smutne, bo każde miejsce, jakiekolwiek by ono nie było, może zaoferować nam niebagatelne doświadczenia: miłość, przyjaźń, satysfakcję… Być może zapuszczone przez historię (nekro)metropolie w odległych zakątkach Polski nie posiadają rozbudowanych instytucji kulturowych, ostrego sygnału satelitarnego, czy wyżłobionych asfaltowych pasków w jeszcze do niedawna zielonych połaciach, lecz jak mówi przysłowie: „każda strata jest zyskiem, tak jak każdy zysk jest stratą„. Co zyskujemy poprzez maksymalnie naciągniętą membranę czasu? Poprzez mechanicznie dźwięczące ruchy, zespalające jeden dzień z drugim, które przestają w pewnym momencie odróżniać się od siebie? Zawsze niewystarczającą odrobinę materii.

6:35, a na nieboskłonie wizualizuje się jedyna, przeszywająca prawda. Ciemność. Wydaje się, że wszystkie gwiazdy znają ten egzystencjalny fakt, zarówno Słońce, jak i inne ciała iluminujące intuicyjnie, nie raczą skazić swoim blaskiem mojej części Ziemi. Jest to pora samoświadomości rozjaśnionej przez mroczną naturę, charakterystyczną dla naszego świata. Odpalę więc ostatniego papierosa jak skazaniec czekający przed plutonem egzekucyjnym. Nie liczę na jakiekolwiek spełnienie życzenia. Zbyt wiele marzeń przygniata człowieka, bo nie sposób spełnić ich wszystkich.

Pojawia się odgłos reakcji zachodzącej miedzy gazem, a iskrą w zapalniczce, następnie filmowe zbliżenie na gorejący kawałek bibułki. Zaciągnięcie się. Wszystko robione w największej tajemnicy, ponieważ nie chciałbym pozbawić moich współlokatorek możliwości energetyczno-uzupełniającego snu. Właściwie to im zazdroszczę… Z mych nozdrzy wiją się dwa subtelne paski dymu. Strzepuję owoc wspólnego stosunku miedzy człowiekiem, a tytoniem do sfatygowanej popielniczki. „Popiół jest dla pokutującego człowieka czymś ostatecznym – śmiercią i przemijaniem, a jednocześnie jest czymś pierwszym – pierwszym stopniem wiodącym jego kroki do nieprzemijalności(4)”. Muszę być pokutnikiem, zarówno dlatego, że zostałem pozbawiony możliwości snu, jak i dlatego, że moje działanie jednoznacznie przybliża mnie do sfery nieprzemijalności. Każde kolejne wciągnięcie dymu do płuc, rozkopuje sukcesywnie otwór w ziemi, która zapewnia naszym stopom stabilizację. Im więcej tytoniu, tym mnie mniej. Osoby, które maja nadmiar wolnego czasu, jak wspomniałem mogą zabić, bądź rozmyślać. A nie ma nic przyjemniejszego, niż głowa okalana koroną cierniową z dymu oraz wykluwające się pytania, które być może nie uzyskają odpowiedzi, lecz niewątpliwie dają bezapelacyjną satysfakcję z samego procesu pobudzania neuronów w mózgu.

Cóż… Jestem jednak człowiekiem, zwierzęciem nie-wprost, i jak każdy inny ożywiony organizm potrzebuję zaspokojenia dolnej partii piramidy Maslowa. Pustka wewnątrz mnie daje o sobie znać. „Za jadło” studenci V roku piszą o czwartej rano dziwactwa.

KAROL WIĘCH

……….

(1) Emil Cioran Na szczytach rozpaczy, przeł. I. Kania, Wydawnictwo ALETHEIA, Warszawa 2007, s. 214-215.

(2) Bonawentura August Klingemann Straże Nocne, przeł. K. Krzemieniowa, M. Żmigrodzka, Wydawnictwo UwB, Białystok 2006, s. 101.

(3) Zygmunt Bauman Zindywidualizowane społeczeństwo, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2008, s. 113.

(4) Dorothea Forstner OSB Świat Symboliki Chrześcijańskiej, przeł. W. Zakrzewska, P. Pachciarek, R. Turzyński, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1990, s. 78.

Reklamy
  1. nieznana
    Kwiecień 8, 2010 o 9:30 pm

    Zabarykadować się „do”, a nie czasem „w”? Troszkę przekombinowany językowo (jak dla mnie), ale to pewnie przez manierę, która cechuje ludzi z wydziału filologicznego;) Pozdrawiam

    • Kwiecień 9, 2010 o 1:55 pm

      Faktycznie – cięzko się wyzbyć tej ciężkiej, megalomańskiej maniery 😉 Ale to przez książki, które człowiek czyta i przez stany emocjonalne, w których się znajduje podczas pisania. Właśnie w tym szkopół, że filolodzy podjęliby taki temat w całkowicie inny sposób. A może zrobiliby to podobnie? Oczywiście dziękuję za komentarz, postaram się „spuścić z tonu”, chociaż najważniejsze jest, by nie oszukiwać samego siebie – jeżli takie słowa cisną się na papier (edytor tekstu), cóż począć?
      Pozdrawiam serdecznie…….. Karol
      P.S.
      rzeczywiście owe „w” nie byłoby wcale złym rozwiązaniem.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: