Strona główna > n - Tropia, Proza > Kolorowe wstążeczki

Kolorowe wstążeczki

Urodziłam się pewnego grudniowego poranka w maleńkiej miejscowości, trochę zagubionej pośród sobie podobnych, gdzieś na skraju Polski. Tato zobaczył mnie przez okno szpitalnej sali przepełnionej małymi, płaczącymi zawiniątkami. Przeklinał trochę, że nie sprostał tradycji. Zawsze pierwszy w naszej rodzinie przychodził na świat syn. Matka zalewała się łzami z bólu, ze złości i niezadowolenia ojca. Złamałam regułę rządzącą tym światem i myślę, że już wtedy, uspokajana wielkim smoczkiem z butelki, zdawałam sobie sprawę z tego, że moja płeć zostanie na dobrych kilka lat poddana ciężkiej próbie. Ojciec nie wierzył w biologiczne dowody na moją kobiecą fizyczność.

Nie ma zdjęć w albumie pełnym narodzin młodszych sióstr, ślubów ciotek i wujków, pogrzebów stryjów, babek i dziadków, na których nie trzymałabym w zaciśniętej rączce zabawkowego autka. Wcisnął je do wózka ojciec. Później, żeby mnie uspokoić opowiadał o działaniu silnika.

– Brum, brum – naśladował warkot. – Urośniesz mój mały i z głowy wypadną ci te wszystkie kwiatki i sukienki. Tylko posłuchaj! Brum, brum.

Kiedy zaczęłam chodzić, ojciec oprowadzał mnie po gospodach, zakładach pracy. Wszędzie tam, gdzie mało było kobiet, za to dużo przekleństw. Wbrew zakazom mamy, co miesiąc chodziliśmy razem do fryzjera, gdzie skrupulatnie byłam pozbawiana ciemnych włosów. Przyglądałam się
ruchom brzytwy na twarzach mężczyzn.

– A kiedy ja będę mieć taką brodę, jak ty?

– Jeszcze trochę musisz poczekać – uspokajał mnie golibroda mrugając porozumiewawczo w stronę pozostałych klientów. Słyszałam ich śmiech, kiedy drzwi zamykały się za mną i tatą.

– To tylko psy. Nie płacz. Nie bądź babą – co roku mówił to samo. Brał taśmę klejącą i okręcał przezroczyste paski wokół puchatych kulek. Żadna z moich sióstr nie dowiedziała się, jak szły do nieba małe naszej suki. Chciał, żebym mu pomagała. Nasze igrzyska ze stawem zamiast Koloseum. Tata był wybornym cesarzem. Ja mierną, nieklaszczącą publicznością. Nie chciałam nawet myśleć, ile trupów wypełnia dno. Wyobrażałam sobie, że może tam pod wodą zamieniają się w ryby. Ryby z sierścią.

Matka krzywiła się na mój widok i z przerażeniem słuchała dziecięcych wulgaryzmów. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek mnie przytuliła. Może raz. Wtedy z resztą dostała w twarz od ojca.

– Chłopcy nie muszą być tak często przytulani. A już z całą pewnością nie on – wyrzucił szybko z siebie.

W barze naprzeciw kościoła wszyscy wiedzieli, że wchodzę jedynie do męskich toalet i po czasie większe zdziwienie wzbudzało to, że nie mogłam stanąć przed pisuarem. Nie tylko ze względu na wzrost. Przez kilka dobrych lat bawiłam się we wbijanie gwoździ, spijanie pianki z piwa i naukę zbereźnych piosenek. Ubrana w spodnie na co dzień i od święta, z umorusaną buzią byłam jednym z największych dziwolągów. Razem z ojcem.

Nie będę oryginalna, ale też prawda zazwyczaj taka nie jest: w miasteczku pojawiła się kurwa. Nie była ani specjalnie ładna, ani wulgarna. Miała urodę psa. Starego, poczciwego kundla, któremu można nagadać w chwili złości i wyżalić się upuszczając cały ciężar z serca. To dlatego w starym wynajętym domku nigdy nie ubywało klientów. Panowie i panie, każdy w kolejce, ulicami i według alfabetu przychodzili do niej. Tam, gdzie ulice krzyżują się w niewielu miejscach i wybudowano tylko jeden kościół, melancholia i agresja rodzą się z siła dwa razy większą i nie mają możliwości, żeby wypłynąć z ludzi. Miejscowy Pies jest potrzebny.

Kiedy poszliśmy do dziwki z ojcem? Nie wiem. Może miałam siedem, osiem lat. Siedziałam na czereśni w ogrodzie za domem. Jadłam drożdżowe ciasto, które dali mi, żebym się nie nudziła i nie przeszkadzała. Zasnęłam i to dziwka, nie tato, ściągnęła mnie z drzewa. Położyła mnie do łóżka z zarwanymi sprężynami. W poduszkach czaił się zapach, którego wtedy jeszcze nie znałam.

Obudziłam się przed świtem i zanurzyłam ogoloną głowę w szafę pełną sukienek. Pierwszy raz dotykałam tkanin tak lśniących i kolorowych, miękko układających się na dłoni. Na bose stopy ubrałam dwa razy za duże buty na obcasach. Usiadłam na drewnianej podłodze i przyglądałam się rosnącemu brzuchowi naszego miasteczkowego Psa.

– Kto tam rośnie?

– Jaśko. Tam w środku rośnie i porusza się Jaśko – odpowiedziała mi niepewnym głosem.

– To chłopiec? Ja też jestem chłopcem.

– Tak. Jesteś chłopcem na wysokich obcasach.

Mogłabym przysiąc, że na kobiecym, obleczonym w tłuszcz, ciele dziwki chwiała się głowa naszej suki wiecznie przywiązanej do budy, brutalnie pozbawianej czci przez psy, a później szczeniąt przez mojego ojca. Pomiędzy długimi włosami kurwy, związanymi w warkocz, wystawały opuszczone w dół, mięsiste, grube uszy. Szybko uciekłam z tego domu. Położyłam się w swoim pokoju i nie opowiadałam nikomu o tamtym dziwnym poranku.

Czekałam na narodziny Jaśka.

– Jeśli go nie utopią po urodzeniu, zostanie miasteczkowym głupkiem, na którego widok ludzie będą kręcić palcami wokół czoła – pomyślałam. Był w końcu synem kurwy. Kto był ojcem? Nikt nie wiedział. Może każdy, kto chociaż przez chwilę się z nią szlajał? Swój do swego ciągnie. Idiota i dziewczynka, która została chłopcem. Pani Pies, jak do niej mówiłam, pozwalała mi dotykać brzucha, później pachnącego jeszcze krwią
małego Jaśka. Usypiałam go tak, jak robił to ze mną ojciec. Brum. Brum. I byłam w tym zupełnie niezastąpiona. Ciągle jestem.

Nie musiałam się nawet wymykać z domu. Matka wolała mnie nie zauważać. Ojciec, nie bez bólu, przyznał przewagę naturze. Kiedy pierwszy raz zaczęłam krwawić, rozłożył ręce i poszedł pić.

– Chyba już przestałaś być chłopcem – stwierdziła Pani Pies nalewając mi zupy do miseczki.

– Nie, nigdy nie przestanę. Tak, jak ty na zawsze zostaniesz Kundlem w naszym miasteczku, a Jaśko idiotą. Mogę zacząć mówić, jak kobieta. Mogę założyć twoją sukienkę, ale to nic nie zmieni. Oni będą pamiętać. Takie z nas kolorowe wstążeczki, które ubarwiają ten świat.

KLAUDIA KACZMAREK

Reklamy
  1. Martyn
    Kwiecień 2, 2010 o 8:45 am

    A więc tak wygląda ten tekst po ukończeniu. Zmienił się…z dobrego na lepszy. Defamiliaryzujący (imho), więc porusza-porusza, więc jest dobry, nie wymyka się percepcji. A mimo i oprócz tego, jakby przekornie, można go czytać jak kołysankę.
    Gratuluję autorce:)

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: