Lustro

1

Niebo stukało o ulice wysokimi obcasami kropel. Zdążyłem jeszcze wbiec po schodach katedry katowickiej, nim wartko puścił się po nich mętny wodospad, spłukujący do kanału pozostawiony tu proch z sandałów wiernych. Stanąłem tak u szczytu, twarzą w kierunku miasta. Asfaltowe chmury tłoczyły się nad zabudowaniami, wgniatając je w ziemię. Ta tonęła w szarej powodzi i emanowała fetorem spod ulic. Czterokołowce cumowały nieopodal. Z nich, zdało się, wyskakują marynarze w czarnych płaszczach. Klną ‘do kroćset’, nie ukrywając tego wcale, przy czym tarczą parasoli powstrzymują napór deszczowych fal, a bocianimi krokami próbują obejść oczodoły kałuż i jęzory ścieków. Biegną śmiesznie żwawo wodospadem schodów, przytrzymując pod pachą niedbale ciemne wiązanki kwiatów.

Nie było sensu stać tu dłużej, będąc narażonym na deszcz i chłód, tudzież na stratowanie przez biegnących opętańczo pod prąd żałobników. Przekroczyłem bramę świątyni – w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – zrazu celując gdzieś głębiej w środkowe rzędy, aby anonimowy zginąć w tłumie. Przyszedłem wcześniej, aby bezpiecznie schronić się w wygodnym kącie ławki. Klękam. Składam ręce jak do modlitwy, choć nie pamiętam już za dobrze jak to się robiło. Nie jestem też pewien, czy teraz chcę rozmawiać z Bogiem. Pragnę raczej pomyśleć w spokoju. Wyciszyć się. Póki co katedra okazała się idealnym ku temu miejscem, swoją triumfującą przestrzenią pochłaniając wszelkie szepty już przybyłych.

Stopniowo ludzi przybywało i niebawem wypełnili już wszystkie miejsca siedzące, poczym zaczęli ustawiać się w tyle i po bokach. A z każdym nowym głosem wniesionym do świątyni cisza zdawała się bardziej pęcznieć, aż w końcu pękła i nagle w uszach zaszumiały szepty tysięcy gardeł i szelest tysięcy poruszeń. Zamiast kojącego wyciszenia w świątyni swoich myśli, kląłem w duchu czekając czy może kiedyś się to skończy. Aż wreszcie wszystkie te języki uciął piorunujący śpiew organów, który rozwinął się jak czerwony dywan od wejścia po ołtarz. Potem do kościoła wniesiono trumnę.

Oto jestem na pogrzebie człowieka, którego powszechnie uznawano za wielkiego, choć nie wielu z tu obecnych wie, jakim naprawdę był skurwysynem. Msza w katedrze katowickiej zamknie pokręconą i wyboistą księgę jego życia. Nareszcie mam odrobinę intymności w głowie. Rozglądam się wokół. Kościół to odpowiednie miejsce dla początku opowieści. Tu przez wodę wszystko się zaczyna dla każdego katolika. Widzę – ksiądz w sutannie przy ołtarzu, słyszę – na zewnątrz leje jak z cebra. Można chyba powiedzieć, że wszystko co potrzebne jest na swoim miejscu.

2

Jeszcze kilka miesięcy temu nic nie było tak, jak być powinno, choć przyznam szczerze, że sam tego nie dostrzegałem albo dostrzec po prostu nie chciałem. Barwny świat zataczał wokół mnie kręgi z taką prędkością, że nie potrafiłem zaspokoić głodnych zmysłów pojedynczym doznaniem, ale właśnie z tych strzępków emocji rozpraszających moją uwagę i wybijających w beztroski stan nieważkości, stworzyłem zjawiskowy collage – nierealne wyobrażenie rzeczywistości, które naiwnie uznałem w myśli niczym dzieciuch. Z rozdziawioną gębą wyciągnąłem rękę, by uchwycić kwiat jednej nocy, rojąc sobie przy tym, że dzięki ulotnemu pięknu pozyskam dla siebie wieczne szczęście. I skoczyłem – skoczyłem w tan! Raz rozpoczęty bachiczny taniec zaczął trwać, nie mogąc się skończyć. A ja uwięziony w jednej z łupinek diabelskiego młyna, windującego mnie coraz wyżej i wyżej, wykrzywiałem wargi w nie-do-śmieszki i półuśmieszki do czekających na dole maleńkich ludzików, którzy nie mieli tyle szczęścia, by wzlecieć, a jednak trwali bezpiecznie uziemieni, wolni od troski usilnie spychanej przeze mnie w czeluść nieświadomości, że gdy śruba pęknie, cała konstrukcja wraz ze mną runie w dół, gruchocząc kości i miażdżąc czaszkę.

Niewiele myśląc o konsekwencjach, zbliżyłem się do towarzystwa lubiącego ciasne, zadymione pomieszczenia, obowiązkowo z lodówką wypełnioną po brzegi napojami zawierającymi odpowiednią ilość procent bajkowego elementu. Ledwo rozpoznawałem twarze tych nowiusieńkich przyjaciół, ale tutaj nikt nie pytał o tożsamość. Jeżeli tylko gospodarz wpuszczał mnie na salony, byłem tak samo swój i obcy jednocześnie, jak sąsiad po mojej prawej. Wówczas wszyscy przybierali tę ciężką postawę grzecznej asekuracji, skracając dystans jakby znali mnie od kołyski, a jednocześnie nie spuszczając ze mnie natrętnego oka. Początkowo ogarniał mnie rodzaj lęku, poczucie nieprzystawania do tych postaci, miejsc – zupełnie jakbym był protezą sztucznie doczepioną do ciała. Dopiero z czasem wrastałem coraz głębiej, aż o mojej nowości zapomnieli otaczający mnie znajomi oraz ja sam porzuciłem dręczące mnie wątpliwości i opory. Podchodziłem do któregoś nowopoznanego kolesia, kładłem mu dłoń na ramieniu i przypominałem mu, jak to będąc małymi dziećmi wybiliśmy szybę w oknie sąsiadów, a on zwracając się do mnie per „stary, kurwa!”, bo imienia nie spamiętał, śmiał się z miny nigdy niewidzianej sąsiadki, zupełnie jakby dopiero co wystawiła głowę przez pozbawioną szyby ramę. Śmialiśmy się w niebogłosy nucąc w myśli refren piosenki Stachury: „Używajmy póki czas, bo za 100 lat…!”. Tymczasem na arenie zegara wskazówki goniły nieubłaganie niepowtarzalne minuty i godziny, aby dopaść w końcu i długim ramieniem niczym mieczem ściąć im głowy ku taniej uciesze tłumu dekadentów znudzonych widowiskiem.

Przychodziłem coraz częściej czy to do akademika, czy mieszkanka któregoś z kolegów piąta woda po kąpieli, wabiony w piruety hipnotycznego pląsu. Bawiąc się bez pamięci, zupełnie przypadkiem poczyniłem zaskakujące odkrycie dzięki znajomemu Chemikowi, którego swego czasu pociągnąłem za sobą na parkiet zdarzeń. Ten ścigany poczuciem wdzięczności na jednej z akademikowych libacji, podszedł do mnie tym swoim naturalnie chwiejnym i niepewnym krokiem, przygarbiony, z lekko spuszczoną głową i chaotycznie rozbieganym w cieniu wysokiego czoła wzrokiem, aby dyskretnie acz znacząco uszczypnąć mnie w bok. Odeszliśmy na stronę. Tam zauważyłem, że Chemik jest czymś wyraźnie podenerwowany. Jego wątłe ciałko skurczyło się do tego stopnia, że nawet bladobłękitna, wyraźnie za mała marynarka zakupiona w okolicach pierwszej komunii, w którą wciskał się przy każdej okazji, od kiedy pierwszy raz w życiu obejrzał Ojca Chrzestnego, zdawała się na nim wisieć, mimo że zwykle ledwo dopinał ją na jeden guzik. Skłoniłem ucho ku jego skutym opryszczką, nieobecnym wargom, z których dobył się stłumiony szept, przypominający barwą uruchamiany silnik samochodowy.

– Stary, kurwa, mam dla nas coś zajebistego. – oznajmił, przy czym z prawej kieszeni marynarki wyjął garść grzybków-halucynków, na których widok jego wyhodowany pod nosem meszek, który od kilku dni skutecznie unikał ostrza żyletki, rozciągnął się na całą szerokość twarzy. Następnie ściszył głos jeszcze bardziej upodabniając dalsze słowa do sekwencji szmerów. – Zanim weźmiesz grzybki, pogryź jeszcze to – na co z butoniery wyłuskał białą pigułkę.

– Co to takiego? – zapytałem niepewnie.

– IMAO – usłyszałem głos przepełniony nutą najgłębszej tajemnicy i pobrzękującego gdzieś w tle ostrzeżenia – coś w stylu: „jeśli komuś o tym wspomnisz, będę musiał cię zabić”. – To enzym – inhibitor monoaminooksydazy, działa tak, że ściąga z żołądeczka wszelkie blokady, które niwelują działanie grzybków. Dzięki tej niepozornej tableteczce grzybki siekną cię z całą siłą!

Nie miałem pojęcia o działaniu grzybów, a już na pewno nie mogłem sobie wyobrazić reakcji na jakąś tabletkę o dziwnie długiej i niezrozumiałej nazwie, w dodatku serwowaną mi przez gościa, który zdawał się podejrzany od dającego się zobaczyć w dziurawym bucie dużego palca, po zaplątany u czubka głowy kołtun… Ale ezoteryka narkotycznych wizji kusiła swą bliskością. Pociągała tym bardziej, im mniej pozostało we mnie trzeźwej asertywności, przemienionej w bezpostaciową papkę przez alkohol i marihuanę, rozbudzających z kolei chęć percepcji pięknego, bożego świata w umyśle.

Czym prędzej pogryzłem pigułkę, a następnie pochłonąłem swoją część grzybków. Chemik wziął podwójną dawkę narkotyku, deklarując, że robił to już wcześniej i pragnie wzmocnić efekt.

– Kiedy zacznie działać? – zapytałem, dopiero w tym momencie zdając sobie sprawę, że przecież coś się stanie, a tajemnica choć nadal nęcąca, przybrała jednak gorzki posmak niepokoju.

– Spokojnie… – sparował moje pytanie Chemik, a na jego twarzy zagościł zgoła inny wyraz niż dotychczas. Także ton jego głosu w jednej chwili uległ diametralnej zmianie – stał się głębszy, pewniejszy. Wraz z pozbyciem się niedozwolonych specyfików, zniknął cały lęk i podejrzliwość względem świata, bo teraz stopniowo mieliśmy wkraczać w zgoła inną rzeczywistość, zobojętniałą na przyziemne rozterki. Chemik był tu u siebie, ja natomiast zapuszczałem się w nieodgadnione przestrzenie, które, miałem wrażenie, będę musiał na bieżąco oswajać, aby uchronić się przed szaleństwem.

W trakcie kolejnych rozwlekłych minut oczekiwania organizm powoli zapadał się w rodzaj schizofrenii. Pulsowanie w skroniach. Arytmia serca. Rozszerzone źrenice. Obraz roztrzęsiony jak na monitorze odświeżanym z niską częstotliwością. Nade wszystko jednak narastające poczucie niepewności, strachu i ten wracający jak czkawka wyrzut przeciwko samemu sobie. Przeczucie, że dzieje się ze mną coś złego, gdyż to, co dotąd uważałem za właściwy stan samopoczucia, ulegało gwałtownym zmianom, nad którymi nie miałem kontroli.

Było mi coraz bardziej duszno, z coraz większym wysiłkiem łapałem powietrze, a ciałem wstrząsał zimny dreszcz. Nie mogłem już dłużej wysiedzieć i opanowany nagłą potrzebą znalezienia się na świeżym powietrzu, poderwałem się z miejsca, wziąłem Chemika za frak i z klaustrofobiczną bojaźnią opuściłem pomieszczenie. Mieliśmy szczęście, gdyż w najbliższym sąsiedztwie akademików rozciąga się las oraz niezagospodarowane przestrzenie. Rozchodząc się poplątanym labiryntem osamotnionych dróg i ścieżek, mogliśmy mieć pewność, że jedynym świadkiem naszych poczynań pozostanie przyczajony za wędrującymi chmurami księżyc.

Krocząc błotnistym szlakiem wyznaczanym przez Chemika, potykałem się co rusz o wykonujące węże ruchy korzenie drzew, to znów grzęzłem w którejś z niepostrzeżonych leśnych pułapek.

– Zdałoby się trochę więcej światła – mruknąłem.

– Przysuń sobie księżyc! – burknął z politowaniem idący przede mną kolega, jakby tłumaczył dziecku do czego służą widelec i nóż.

Spojrzałem w przewalającą się po niebie chmurną gęstwinę, która zakrywała srebrną latarnię. W jednym miejscu chmury zdawały się przerzedzone bladym, stłumionym światłem. Wyciągnąłem rękę w kierunku tego przebłysku i dłonią odsłoniłem księżyc, a następnie biorąc go w dwa palce, przysunąłem ku sobie, osadzając tuż nad koronami drzew. Zapanowała niemalże całkowita, chłodna jasność. Pastelowe kolory migotały przed oczyma.

– Patrz na drzewa! – polecił Chemik.

Nagle, bez ostrzeżenia, drzewa zaczęły dwoić się i troić, a następnie rosnąć. Ze swych koron, ogołoconych po zimowej porze, utworzyły sklepienia żebrowe, z których w kolejnej sekundzie wystrzeliły długie, fantazyjnie poplątane łodygi, na których natychmiast pękały radosne białe i różowe pąki kwiatów, zwracając się twarzą ku zamkniętej we wnętrz tego dziwnego pomieszczenia lśniącej kuli dyskotekowej.

– Niewiarygodne! – krzyknąłem, wreszcie dobywszy słów – Drzewa urosły do rozmiarów sekwoi i zamknęły się nam nad głowami… A, a, a potem trawa… kwiatki… rozlały się na tym wszystkim!

– Taa. – z naturalnym dla koneserów znawstwem zgodził się Chemik, a po chwili dodał pogrążony w dziwnej kontemplacji – Słyszysz ten śpiew ptaszków?

Na to pytanie pochwyciłem uchem zwariowane trele ptaków, płynące spośród gęstej ciszy.

– Niesamowicie tu… – skwitowałem z podziwem i uwielbieniem, pozwalając nareszcie, aby ogarnęło mnie rześkie poczucie nieważkości.

Przez jakiś czas spacerowaliśmy między drzewami nie rozmawiając wcale. Ochoczo podbiegaliśmy do wszystkiego, co wzbudziło nasze zainteresowanie, aby dogłębnie to zbadać i poznać z nowej perspektywy. Zaglądałem przez okna kałuż w podziemne tunele, żeby sprawdzić jak na gwałtowne przebudzenie wiosny zareagowały leniwe krety. Pod korą drzew śledziłem ruch korników, dowolnie regulując ich wygląd i wielkość. Chemik natomiast z wygrzebanej pośród leśnej ściółki gałęzi uczynił maczugę, którą następnie łupał w konary drzew, a te zrzucały mu z góry różne owoce – od bananów po kokosy. Z tych ostatnich niewiele mieliśmy pożytku, bo nie bardzo było nam wiadomo jak dobrać się do mlecznego wnętrza.

– Twarde te kokosy jak kamyki! – zirytował się mój towarzysz i z furią cisnął takim kokosem za siebie. Ten gruchnął o ziemię, a ta w momencie zatrzęsła się złowieszczo. Po chwili z sufitu zaczęły się zwalać potężne głazy wprost na nasze głowy.

– W nogi! – wrzeszczę i zaczynam biec.

Chemik wcale nie czekał na moją komendę i już na starcie wyprzedza mnie o pięć długości. Tymczasem kamienie toczą się za nami z hukiem, chcąc najwyraźniej wprasować nas w podłoże. Z każdym moim krokiem one zdają się czynić dwa, będąc coraz bliżej i bliżej, niemalże łechtając mnie w pięty. Sytuacja wydaje mi się beznadziejna i zamykam nawet oczy, aby nie musieć oglądać swoich wnętrzności rozwleczonych po leśnej dróżce, gdy nagle słyszę jak przewodzący temu choremu wyścigowi kompan rzuca ku mnie:

– Widzę drzwi!

Otwieram oczy i rzeczywiście są tam! Nie bardzo nurtuje mnie skąd się one wzięły, ani gdzie prowadzą, błagam tylko w duchu, aby jak najszybciej znaleźć się za ich progiem. Chemik czeka już po drugiej stronie, zachęcając mnie bym przyśpieszył na ostatnich metrach. Robię co tylko w mojej mocy. Jeszcze raz, dwa, trzy – wybijam się w powietrze. Frunę ku bezpiecznej przestrzeni, miotając równie zapamiętale co chaotycznie kompletem kończyn. Jak skoczek w dal bijący rekord świata, osiągam swój cel, przeleciawszy nad bezpieczną granicą progu.

Niestety lądowanie okazało się niezbyt fortunne. Lekko ogłuszony, przykładając dłoń do czoła, na którego środku wyrósł pulsujący guz, spróbowałem przyjąć postawę stojącą. Rozejrzałem się… Nie do wiary! Znów znaleźliśmy się w akademiku. Przez mgławe od dymu powietrze prześwitywały niewyraźne sylwetki zapatrzonych w nieprzytomność ziomków, zajmujących nieliczne kawałki wolnej przestrzeni pokoju. Amator grzybów minął mnie, trącając barkiem i zajął miejsce na wolnej kanapce, skąd wcześniej najwyraźniej spłynęli dwaj chłopacy, których przypominające lane ciasto ciała wyścielały podłogę. Usiadłem obok Chemika. Spojrzałem na niego z niejakim obrzydzeniem, ale mimo wszystko starałem się zignorować, że cały mieni się na żółto, a na głowie straszą dwa złote rogi.

– Co teraz robimy? – pytam zdezorientowany. Pewny, że dziś już raczej nic nie otrze się o pojęcie „dziwności” w moim pojmowaniu tego słowa.

– Odpręż się! – z nutką rdzy wycedził kumpel, a oczka pozbawione tęczówki za sprawą ekspansywnej polityki gruntowej źrenicy, w swym spotęgowanym rozbieganiu przełączały się już na inny kanał.

Krótki postój na stacji „Względna Normalność” w Mózgu, zakończył konduktor trzaskający drzwiczkami pociągu bylejakiego, po uprzednim odgwizdaniu jak należy i podniesieniu okrzyku: „Odjazd! Wsiadać, wsiadać – drzwi zamykać”. Koła powoli zaczęły nabierać tępa na szynach wyobraźni, tocząc wśród stuków potężną machinę do bylekąd. Mimo że znajdowaliśmy się z Chemikiem w jednym przedziale, każdy z osobna wybierał trasę. On piejąc najczystszym sopranem wykrzykiwał: „Dziwki! Dziwki!” pieszcząc się jednocześnie brzmieniem swych słów, zdradzał mi swe najbardziej tajone fantazje seksualne, których próżno by szukać na kartach najobszerniejszego wydania Kamasutry. Tymczasem ja, dzieląc swoją uwagę pomiędzy jego wyznania, a moje doznania, zaaferowany własną dłonią śledziłem linie jej zmarszczek, wgłębień i wypukłości, zastanawiając się jednocześnie i bardzo się temu dziwiąc, dlaczego dotąd, przez dwadzieścia lat swojego życia, nie poświęciłem ani minuty na podziwianie manualnie uzdolnionej końcówki mojego ciała. A ona taka piękna, doskonała, tak niepojęcie podzielona w swej jedności, tak obca i nieznana, choć integralna ze mną. Także resztę członków oblałem spojrzeniem pełnym zainteresowania i fascynacji czysto ojcowskich odkrywając, że całe ciało dzierżawione od lat, pozostaje równie niezbadane niczym odległe kontynenty na drugim końcu świata przed narodzinami Kolumba. Tymi i wieloma innymi rozważaniami, w równie podniosłym tonie zajmowałem umysł przez kolejne godziny, podczas których halucynacje przemijały bez pośpiechu, stopniowo ustępując miejsca wypełniającemu mnie uczuciu miłości do Boga i Jego sześciodniowej kompozycji.

Od tamtej pory, kiedy tylko mogłem, zrywałem ze świadomością, pociągany perspektywą nieskomplikowanej przyjemności. Cóż tak nieznośnego znajdywałem w sobie, aby nie potrafić z tym wytrzymać, aby nie móc tego znieść? Może czegoś mi brakowało? Elementu do kompletu osobowości, którego poszukiwałem w kolorowych krainach na pograniczu snu i jawy. Mierziły mnie niezagospodarowane przestrzenie od świtu do zmierzchu i coraz mocniej zaciskałem powieki, aż na czarnej tapecie pojawiały się drżące plamy niedookreślonych kształtów, a z kącików oczu pociekły łzy. Przedłużyć noc! Kiedy długie cienie rzeczywistości kładą się na bruku i mieszają z sobą, niepodobne kompletnie do niczego, albo właśnie będące wszystkim jednocześnie. Wśród tych cieni – ja – wolny od konkretów rzeczywistości, ulotny niczym mgnienie wycinek ze spisu ludności, próbujący sobie znaleźć miejsce, w którymś dość przestronnym wieku.

Stopniowo oswajałem dla siebie coraz więcej tej utopijnej przestrzeni. Ucieczką w różne stany nieprzytomności wyzwalałem się od drażniących monotonią realiów szarych dni. Po pierwszym, jeszcze siłą rozpędu zdanym semestrze na filologii polskiej, w drugim zdawało się, iż uczelnia nie raczy przedłużyć kontraktu z niebyłym figurantem list obecności na zajęciach. Dawni przyjaciele z początku przejęci troską o nagłą zmianę w moim sposobie egzystowania, z czasem dawali za wygraną, nie prawiąc już moralizatorskich gadek, nawołujących do większej dbałości o zdrowie, rodzinę, przyjaźń. Kontakty rwały się jak trawione płomieniem mosty, a te nowo zawarte przypominały raczej cienkie liny, rozciągnięte nad przepaścią. Dom zacząłem traktować jak obskurny hotel przy autostradzie, w którym zatrzymywałem się na chwilę aby przespać się, umyć , przebrać i wrzucić coś na ruszt przed dalszą podróżą.

Rodzice zastosowali szereg metod wychowawczych, wyuczonych na bazie popularnych seriali telewizyjnych: rozmawiali, krzyczeli, potem znowu próbowali tłumaczyć na spokojnie, a nie widząc efektów wracali do wrzasków i gróźb pod moim adresem. Ostatecznie, najwyraźniej nie widząc żadnej innej możliwości, postanowili zmienić mój adres zamieszkania w trybie natychmiastowym.

Gdy w połowie maja wróciłem nad ranem do domu, po kilkudniowej w nim nieobecności, klucz żadną siłą nie dał się wepchnąć do zamka. „Jakże to tak?! Mój dom zamknięty przede mną?! Mój azyl. Pokój, w którym przechowuję wszystkie swoje rzeczy od ubrań po książki – wszystkie skarby, pamiątki i prezenty otrzymane dotąd. Skandal!” – pomyślałem i byłem dość bezczelny, aby w zrodzonej we mnie furii wgniatać w ścianę guzik domowego dzwonka, z częstotliwością ruchu skrzydeł trzmiela. Aż otworzyli mi drzwi po to tylko, aby podać torbę z paroma (ich zdaniem) najpotrzebniejszymi rzeczami.

– Wynoś się! Won! Won! Pókim dobry… – warczał ojciec niby wściekły, a jednak wzrokiem uparcie unikał mojego spojrzenia, jakby wstydząc się własnych słów.

– A żebyś wiedział, że moja noga więcej tu nie postanie! – brnąłem w zaparte, traktując zaistniałą sytuację jak kolejną potyczkę słowną, podobną do wcześniejszych, z których wyszedłem przecież obronną ręką. Z butą bazującą na pewności, że ostatecznie zostanę do domu wpuszczony, awanturowałem się chwilę nie przebierając w słowach, aż w pewnym momencie przez ledwo uchylone drzwi, za plecami ojca, zauważyłem płaczącą matkę i w nagłym olśnieniu zrozumiałem, że sytuacja jest wyjątkowa. Nie wierząc do końca w konsekwencje, jakie się na mnie egzekwuje, włożyłem but między drzwi a framugę i postanowiłem przystąpić do negocjacji, ale na poczekaniu nie potrafiłem znaleźć argumentów, mogących wpłynąć na decyzję rodziców. Bardziej zdziwiony niż z wyrzutem, palnąłem tylko, by dali mi jakieś pieniądze na nocleg.

– Gówno dostaniesz! Mało wyłudziłeś na wódę i prochy?! Teraz zabieraj się i radź sobie sam! – na co dotkliwym kopniakiem pozbył się klina mojej stopy spomiędzy szczeliny drzwi i zatrzasnął mi je przed nosem.

Chciałem podnieść lament pod domem tak, żeby zaalarmować wszystkich sąsiadów, że oto dzieje się mi straszliwa krzywda. Oto człowiek! Zawstydzeni rodzice, pragnący uniknąć ukrzyżowania ich w opinii sąsiadów, jak mniemam, bez wahania zmieniliby zdanie, błagając mnie bym natychmiast uciął zawodzenie i wlazł do środka. W kolejnej sekundzie lotem strzały przemknęła mi myśl, aby znaleźć ciężki kamień i użyć go w formie niekonwencjonalnego klucza do okien. Zanim zdecydowałem się na jeden z tych, bądź zupełnie inny radykalny krok, zaświtało mi w głowie, że jako dorosły, dojrzały mężczyzna nie będę przecież prosił się dwojga starych dziadów o łaskę i że sam świetnie sobie poradzę, bo nie potrzebuję nikogo, absolutnie n i k o g o do szczęścia! Z takim przekonaniem odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku lasu, aby tam pośród gęstwiny, na prześcieradle pachnącej leśnej ściółki, złożyć na chwileczkę głowę, a potem z jaśniejszym nieco umysłem podjąć wiążące decyzje.

Ta planowana chwileczka okazała się wielgachną chwilą, rozłożystą jak kwitnące korony drzew, w których cieniu się schroniłem. Przebudziłem się wśród krzaków, a gdy z trawiastej kępy uniosłem nieco czaszkę, uczułem w niej bolesne wspomnienie ostatnich dni spędzonych poza domem. Pozostałe członki również postanowiły wyrazić zbiorowy protest i wysunęły postulat znalezienia czym prędzej wygodniejszego łoża. Słońce wspięło się już wysoko i wszystko wskazywało na to, że jest już w drodze powrotnej na przeciwległą półkulę. Problem znalezienia odpowiedniego lokum stał się palący i wymagał natychmiastowego rozstrzygnięcia, podczas gdy kreatywne myślenie okazało się dziedziną sztuki będącą poza moim zasięgiem. Nim więc z mozołem skupiłem uwagę próbując dojść do jakiś wniosków, minęło trochę czasu i słońce stało już w progu, odwróciwszy ode mnie krwawiącą łysinę. Sytuacja była nagląca, a lista możliwych miejsc noclegowych zdawała się skończona.

W normalnych okolicznościach udałbym się na akademiki, ale byłem spłukany i dopiero co odcięty od jedynego źródła dochodów. Ten sam problem pojawiał się w kontekście stancji któregoś ze znajomych. Chłopaki ledwo wiążą koniec z końcem, trudno więc wymagać żeby nocowali mnie i karmili za „Bóg zapłać”. Zresztą pomimo gigantycznego kaca próbowałem być realistą i myśleć rozsądnie, chociaż nie cechowało mnie to w ostatnich miesiącach. Teraz na powrót rozbudzony, powołany do działania po tak długim okresie hibernacji rozsądek, obudził się gdzieś tam w czeluściach świadomości, ziewnął szeroko i w szlafmycy, z karbidką w dłoni podszedł do granicy czaszki i zapukał mówiąc jedno: „Nic nie zmienić – to samobójstwo”. O, tak! Powrotu do studenckiej beztroski już nie było. Nadszedł czas na zmiany. Zacząłem rewidować swoje znajomości pod kątem pomocy, na którą liczyłem.

Na Przedmieściu nie posiadałem znajomych, którzy mieli własne mieszkanie lub dom. W większości mieszkali z rodzicami, wśród których byłem popularny mniej więcej tak samo jak dżuma, gdyż dawni przyjaciele, których znałem od czasów podstawówki, dzielili się na tych, których pociągnąłem za sobą w alkohol i inne używki oraz na takich, którzy odcięli się ode mnie, chcąc uniknąć podobnego losu. Dziewczyny nie posiadałem.

Przed oczyma wyobraźni przesuwały mi się portrety przyjaciół, z którymi wiązała się większa część mojego życia. Naraz zawahałem się. Była jedna osoba, do której mogłem pójść bez wstydu i lęku – mój przyjaciel Marek. Wciąż utrzymywaliśmy kontakt, choć już w szkole średniej  widywaliśmy się rzadko, gdyż obaj byliśmy dość zajęci swoimi sprawami. Ja uczyłem się pilnie, a w wolnych chwilach lubiłem się zabawić w lokalu przy muzyce, otoczony wianuszkiem cudownych kobiet. Markowi dojazd do szkoły wojskowej zajmował długie godziny. Natomiast w wolnym czasie chodził na siłownię, majstrował przy swoim wozie, albo spotykał się z dziewczyną. Nasze drogi rozeszły się, ale wciąż udawało się nam zdzwonić i wyskoczyć gdzieś razem. Na studiach nic się nie zmieniło. Mimo dynamicznego ponad normę trybu życia, zawsze wykrzesałem kilka godzin na spotkanie z przyjacielem. Tak jak inni zwracał uwagę na moją złą formę i liche zdrowie, ale kpił z tego od zawsze, stawiając moje wątłe ciałko w kontekście swoich napompowanych mięśni, wyhodowanych na bazie łatwo dostępnych trenerów w pigułce. To zwalniało mnie z nudnawych kazań z jego strony o zło wróżebnej ingerencji we własny organizm.

Nie mając wielkiego wyboru, nie zwlekałem ani chwili dłużej i udałem się do Marka. Zmierzając tam czułem się dziwnie na każdym kawałku ziemi, gdzie stawiałem stopę. Zrozumiałem w czym rzecz – byłem obcy, pozbawiony punktu odniesienia do rzeczywistości. Wokoło wszystko należało do kogoś, a ja posiadałem tylko to, co mieściło się w niewielkim tobołku, który bez trudu utrzymywałem w jednej ręce. Przystanąłem, aby zajrzeć do środka. Rodzice spakowali mi dwie koszulki, dwa komplety bielizny, spodnie i krótkie spodenki, ręcznik, szczoteczkę do zębów (w dodatku nie moją tylko matczyną, gdyż obie były tego samego koloru, a różniły się jedynie stopniem zużycia), pół szarego mydła, pęknięte lusterko, kawałek papieru toaletowego i złamany ołówek. Z bocznej kieszeni po lewej stronie wyciągnąłem drugie śniadanie, które zabrałem na czas podróży pamiętnych wakacji spędzonych nad morzem dwa lata temu. A może to były trzy lata?… Natomiast w mniejszej kieszonce po prawej stronie, ku mej wielkiej radości znalazłem zwinięte w rulonik sto złotych. Na powrót skompletowałem torbę, umieszczając wszystko tak jak było, z wyjątkiem odnalezionego śniadania, które ze smakiem skonsumowałem w trakcie trwania dalszej drogi.

Marek mieszkał wraz z ojcem nieopodal stacji kolejowej na Przedmieściu. Po śmierci żony przed kilkoma laty, ojciec Marka oddał się całkowicie swojej pracy, próbując w ten sposób znieczulić ból po utracie ukochanej osoby. Z domu wychodził wczesnym rankiem, wracał późnym wieczorem. Zarabiał dużo, wydawał mało, nie mając żadnych osobistych potrzeb. Każdy grosz oddawał synowi – jedynej pozostałej mu bliskiej osobie, aby przynajmniej jemu zrekompensować „błąd losu” – jak zwykł określać przedwczesną śmierć małżonki. Dzięki temu Markowi nigdy niczego nie zabrakło – mógł mieć wszystko o co upomniał się młodzieńczy kaprys.

Zastałem swojego przyjaciela na podjeździe, gdy kończył polerować karoserię swojego samochodu, która z polotem malarza-artysty igrała sennymi blaskami zachodzącego słońca. Gdy tylko Marek mnie zauważył, na oślep cisną ścierką i truchtem zbliżył się, żeby uścisnąć moją dłoń. W jego przekonaniu serdeczne męskie powitanie, odczułem jako nader gwałtowne spotkanie z imadłem, wydobywające z kości moich palców melodię zgrzytów i trzasków. Łezka napłynęła mi do oka, a policzki nadąłem, pragnąc stłumić niemęski pisk. Gdy pozostawałem na wdechu, Marek zaczął mówić podążając grubymi, męskimi tonami:

– Kogo widzę?! – gruchnął z ironią – Gdzie się podziewałeś? – zagadnął szczerze zainteresowany, a wyczekując odpowiedzi dostrzegł niewielki tobołek w moim ręku i niby to żartem, a jednak z niedającym się wytępić posmakiem obawy w głosie dodał, tracąc w momencie „szczere zainteresowanie” dla treści odpowiedzi stojącej mi już na końcu języka, niosącej wyjaśnienia dla poprzednich wątpliwości – Co to? Starsi wyrzucili cię z domu?!

Nie każdy przyjaciel pojawiający się w progu nasuwa na myśl przymusową wyprowadzkę z rodzinnego domu, ale w moim przypadku legenda syna marnotrawnego urosła już do tego stopnia, że gdybym trzymał w dłoni choćby sakiewkę, oznaczałoby to dla wielu moją bezdomność. W końcu całe Przedmieście szumiało od szeptanych pogłosek: „Przestał pojawiać się w kościele, nie wraca do domu, nie widać go na ulicach naszej miejscowości… Podobno pije na umór, a może też bierze narkotyki”… Każdy wiedział coś innego, ale zawsze jednak coś, a to wystarczało na wyrobienie sobie zdania na mój temat i wysuwanie nieomylnych przypuszczeń na tyczących się tego, jak skończę – w przytułku, w rynsztoku, w domu wariatów, w grobie. Pewnie i Marek swoje wiedział, stąd moja odpowiedź była czystą formalnością.

– Owszem – odparłem – wypierdolili mnie na zbity ryj.

Mówiąc to, starałem się oddać w słowach gwałtowność wydarzeń minionego poranka. Następnie – czekałem, uznając, że nie na miejscu byłoby przedstawić się już teraz jako Marka współlokator. Na tę noc. Kolejną. I jeszcze następną. Na niewiadomo ile gwieździstych nocy tu, pod jego dachem, jako pasożyt w ciepłym tyłku gospodarza.

– Poważnie?! – podskoczył obunóż – lewą zszokowany, prawą podniecony, jak paparazzi, który pierwszy zdobył pewną informację na sensacyjny temat. A gdy nie usłyszał zaprzeczenia, w ciszy znalazł potwierdzenie swych przypuszczeń. Zmarkotniał wyraźnie, ale koniec końców zachował się jak prawdziwy przyjaciel:

– Pożyczyć ci parę groszy na hotel? – zagadnął szczerze zatroskany, z nerwową gwałtownością nurkując dłonią po kieszeniach w poszukiwaniu wspomnianej sumy, a gdy nie znalazłszy niczego, wykonał ruch w kierunku wejścia, zatrzymałem go w półkroku.

– Myślałem raczej, że przygarniesz mnie na trochę. – wypaliłem otwarcie, widząc, że milczenie i maślane oczy nie służą mojej sprawie. Impet wypowiedzianych słów wyraźnie zachwiał jego równowagę  i sprawił, że niemal przysiadł na ziemi. Jedyne, co dostrzegłem w spojrzeniu przyjaciela to niedowierzanie, że chcę go przywdziać w habit Matki Teresy. Pomoc innym nie leżała w jego charakterze. Dlatego nigdy nie wstąpił do Wolontariatu, Czerwonego Krzyża, ani Greenpeace. Nawet jako dziecko nie przygarnął małego Tamagotchi, mając w nosie losy miniaturowego przyjaciela, któremu inne dzieciaki poświęcały cały swój czas i uczucie płynące z ich serduszek, kosztem nauki i kontaktu z rodzicami. Marek przyzwyczaił się do opieki ojca, natomiast sam chciał tylko leżeć po królewsku na puszystej poduszce wyszywanej złotą nicią w orientalne wzory, sącząc mleko i miód z przedziałka między piersiami ciemnoskórej niewolnicy. Tymczasem nadszedł barbarzyńca, pragnąc obrócić w perzynę ten idealnie poukładany świat.

– Jesteś jedyną osobą, której ufam, a której jeszcze nie spieprzyłem życia…

– I teraz chcesz to nadrobić?! – przerwał rumieniąc małżowinę uszną, w połowie zaaferowany i zawstydzony zarazem.

Kontynuowałem akcentując co istotniejsze, nie przejmując się zmiennością w ubarwieniu fizys rozmówcy:

– Jesteś jedynym Przyjacielem (pobladł), który mieszka praktycznie Sam (przeszedł ni to w siny, ni zielonkawy) we własnym Dużym Domu (oblał się purpurą). Znasz mnie i nigdy cię nie zawiodłem, choć może jesteś jedyną taką osobą na świecie. Pomyślałem, że pozwolisz mi się tu zahaczyć, aż czegoś nie wymyślę, aż nie pogodzę się z rodzicami?… Przynajmniej na Parę Dni (rozbłysnął czerwienią, jak siarkowa główka rozpalanej zapałki i gwałtownie puścił parę z uszu).

– Tymczasem ty będziesz sobie chlał i ćpał, a potem wracał do mnie jak do hotelu i rzygał w przedpokoju, a rano sobie coś wszamiesz i znowu spierdolisz na miasto, podczas gdy ja będę tylko po tobie sprzątał i uzupełniał lodówkę, tak?!

W duchu przyznałem, że zarysowany przez Marka układ odpowiadałby mi, ale też wiedziałem, że trzeba coś ze sobą zrobić. Niecodziennie wywalają cię z domu bez środków do życia. To daje do myślenia. Tym bardziej kiedy nie masz pracy, studiów, mieszkania, dziewczyny, ani przyjaciół, którym możesz zaufać. Kiedy nie masz czego się złapać, gdy będąc u samego szczytu, w diabelskim młynie pęknie śruba. Szczęśliwie pozostał mi Marek i wiedziałem, że nie mogę stracić i jego, chociaż ssało mnie w płucach jak jasna cholera, a w głowie niemiłosierny kac przystawiał mi rewolwer od wewnętrznej ściany czaszki i domagając się promili, opróżniał kolejne magazynki.

– Nie! Nie zrobię ci kłopotu! Uwierz na słowo… Nie życzę ci, żebyś musiał przejść to samo. Gdy wyjebią cię z domu – to daje do myślenia. Straciłem wszystko… Gdybym teraz się nie zatrzymał – przepadłbym, kumasz?! Totalnie! Jeszcze rok temu, można powiedzieć – piąłem się na szczyt. Miałem swoje plany i pomysł jak je zrealizować. Nagle w niespełna rok, w kilka miesięcy, wylądowałem na bruku, z pustką w głowie, bez planu. Ot, tak! – zademonstrowałem pstrykając palcami. – Wyobrażasz sobie jak to jest pozbyć się wszystkiego?! – starałem się nadać mojej wypowiedzi ton dramatyczny, ale nie przesadnie, aby uniknąć przyprawienia jej o niepożądaną w tym momencie ironię. Nie spuszczając z Marka wzroku, zakończyłem powoli akcentując słowa – Jeśli teraz mnie zostawisz, nie pomożesz, to już się nie pozbieram i nigdy nie naprawię tego co spieprzyłem.

Czy mówiłem z pełną świadomością i przekonaniem, czy raczej odegrałem swoją chwytającą za serce, drobną rólkę w egocentrycznym teatrze? Musiałem wymóc na Marku kawałek przestrzeni, która stałaby się moją, a z której mógłbym wyjść dalej na zewnątrz. To pierwsze przyszło mi do głowy i zdało mi się moim przeznaczeniem, a ja czasami wierzę w przeznaczenie. Wiedziałem, że zostanę w tym domu. Był to kolejny przystanek na mojej drodze. Czyż Marek mógłby się nie zgodzić?! Co prawda przez chwilę widać było, iż trawi moją prośbę i waży w sobie, ale już byłem pewny odpowiedzi. Może nawet zanim on sam się w niej utwierdził. Zanim zdał sobie sprawę, że ostatecznie zgodzi się, bo jest dobrym facetem, bo jest moim przyjacielem, bo nie mógł sobie wyobrazić jak to jest wypaść z centrum układu słonecznego, gdzie zawsze było się gwiazdą? Stąd nie czekając oczywistej zgody, którą pewnie chciał mi oświadczyć, lekko rozwierając usta, przystąpiłem dwa kroki ku niemu ściskając go i roniąc łzy w jego karczycho, dziękowałem:

– Oh, jesteś wspaniały! Doprawdy nie spodziewałem się, że mnie przyjmiesz. Prawdę mówiąc obawiałem się twojej odmowy, ale ty nie zostawiasz przyjaciela w potrzebie… Gdzie mam się rozpakować, na górze – w twoim pokoju?… Oh, zbyt jesteś łaskawy! Ja nie sprawię ci kłopotu… Mi wystarczy kawałek miejsca na dole w salonie. Wieczorami będziemy razem oglądać telewizję i jeść popcorn… Albo nie, nie chcę być dla ciebie ciężarem. Ja zadowolę się i piwnicą. O, jak ja lubię ciasne, słabo oświetlone pomieszczenia! Naprawdę! Uprzedzam cię, nim twoje wielkie serce nakaże ci się sprzeciwić, że decyzja moja nie podlega dyskusji – piwnica w zupełności mi wystarcza… No to co? Idę się rozpakować. Dziękuję, dziękuję raz jeszcze! – nim Marek zamknął rozdziawioną gębę, znajdowałem się już za progiem.

Miałem już jakiś azyl. Musiałem jeszcze tylko pomyśleć co dalej. Nim jednak wziąłem się za planowanie, najpierw odczekałem, aż w czaszce zabraknie naboi.

Należało nieco odczekać przed powrotem do rodzinnego gniazdka. Emocje potrzebują czasu na wyciszenie. Byłem też pewny, że zbyt wczesny powrót sprawi, że w moim postępowaniu nie zajdzie żadna zmiana. Nie wiedziałem wtedy jeszcze czy pragnę zatracać się nadal w dionizyjskim szale, czy może wolałbym wrócić do siebie takiego, jakim pamiętam się sprzed kilkunastu miesięcy, kiedy to ubogi w doświadczenia, głowę trzymałem wysoko ponad chmurami, zajęty marzeniami, które zdawały się realne. Dopiero w okresie studiów zerknąłem pod nogi – na mokradła, w których ugrzęzły mi łydki aż po kolana, uniemożliwiając swobodny marsz w kierunku miraży ustanowionych przez moją fantazję i młodzieńczy zapał. Mgliście roiłem sobie drogę trzecią, której szlaku jeszcze dokładnie określić nie potrafiłem.

Usiłując zasnąć w piwnicy, gdzie Marek miał domową siłownię, trzymając głowę między dwoma hantlami, z nogami skrzyżowanymi na gryfie sztangi, narodził się pomysł wzięcia życia za bary i w czasie tej mojej niedookreślonej sytuacji zadbania nieco o siebie samego, aby niezależnie od kierunku, w którym się zwrócę, móc kroczyć w lepszej formie. Ostatnie miesiące odbiły się na moim zdrowiu – blady jak kartka papieru, wychudzony tak, że chwiałem się na wietrze, z górnymi kończynami podrygującymi w epileptycznym rytmie. Dodatkowo cierpiałem na bezsenność, a jak już udawało mi się zmrużyć oko, to na tyle płytko, że zaraz nachodziły mnie nieproszone sny.

Oto Wielki Nikt zasiadł na swym tronie, trzymając butelkę zmrożonej wódeczki w ręce, a między dwoma palcami drugiej długiego, gęsto dymiącego papierosa. Nieobecnym ślepiem puszczał do mnie oko, zdając się dawać tym do zrozumienia, że może mi napełnić kielonek i dać bucha, a jeśli tylko zechcę, wyciągnie z kieszonki fraka „coś wyjątkowego”. Przed wysokim tronem inni wierni bili pokłony swemu władcy, a ja po ich grzbietach, jak po schodach, biegłem z wywieszonym jęzorem, aby skorzystać z oferty, ale gdy dobiegałem już na sam szczyt i wyciągałem rękę po kieliszek, a usta spinałem w dziób, żeby zaciągnąć się obficie nikotyną i substancjami smolistymi, zamykałem oczy i nim poczułem pożądany smak budziłem się spocony i obolały.

Z braku funduszy i resztkami przyzwoitości starałem się trzymać z dala od używek, co na początku wykręcało mnie jak ścierkę, po wcześniejszym wytarciu powierzchni jednego hektara posadzki. Zamiast tego, musząc czymś odwrócić uwagę własnego organizmu, biegałem mało uczęszczanymi uliczkami Przedmieścia nieraz padając na kolana i rwąc sobie włosy z głowy. Wykańczałem się, ale czasami nawet zmęczony nie potrafiłem zasnąć, a skronie paliły mnie i pluły potem. Mijały tygodnie i choć święty nie byłem, z dnia na dzień czułem się lepiej. Stopniowo zacząłem nawet pakować na siłowni. Coraz lepiej układało mi się też z Markiem, który nareszcie skończył mnie wyzywać i ciskać w moim kierunku naczyniami, gdy nieopacznie pokazałem mu się na oczy, a nawet zaczął ze mną normalnie rozmawiać. I tak znów nową sytuację zamknąłem w ścisłe normy, a dni stawały się coraz bardziej do siebie podobne. Nie zastanawiałem się co dalej i nie przypuszczałem, że niedalekie wydarzenia pchną moje życie na zupełnie nowe tory.

GRZEGORZ KSIĄŻEK

Reklamy
  1. jezus
    Marzec 31, 2010 o 11:37 pm

    Niebo stukało o ulice wysokimi obcasami kropel. – ale urwał. ale gustowne.

  2. św. augustyn, potrzeba iluminacji.
    Marzec 31, 2010 o 11:40 pm

    „Asfaltowe chmury tłoczyły się nad zabudowaniami, wgniatając je w ziemię.”-czy opisujesz genesis polskich dróg?

  3. xylon
    Maj 16, 2011 o 7:32 pm

    „Tymczasem na arenie zegara wskazówki goniły nieubłaganie niepowtarzalne minuty i godziny, aby dopaść w końcu i długim ramieniem niczym mieczem ściąć im głowy ku taniej uciesze tłumu dekadentów znudzonych widowiskiem”.
    Ile to trzeba się namęczyć, żeby tak usztucznić język, nie przekazać żadnej treści, porywając się na żałosną oryginalność.
    Chłopcze, zrób coś dla literatury i zajmij się ogródkiem, szachami, może zacznij jeździć na rowerze albo spaceruj z yorkiem, przynajmniej nie poranisz takimi językowymi łamańcami ludzi wrażliwych na słowo niosące treść.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: