Pokój

Wpatrywał się w jej szczupłe plecy, gdy przez okno obserwowała otoczenie. Zupełnie tak jakby od jej ostatniej wizyty coś w tym poszarzałym miejskim krajobrazie miało szansę się zmienić. Jej ciemna sylwetka wyraźnie odcinała się od jasności bijącej przez szpary w popielatych żaluzjach. Mdłe światło tego pochmurnego dnia leniwie sączyło się do wnętrza pokoju. Nie rozjaśniało jednak panującego w nim półmroku, a jedynie pogłębiało cienie.

Cienie. Tak, to było dobre słowo. Wyglądała jak cień, ciemny kształt, posąg. To porównanie także całkiem nieźle oddawało charakter ich znajomości. Na tyle, że zdołał nawet wykrzywić wargi w czymś na kształt uśmiechu.

– Cóż cię tak bawi? – spytała, unosząc brwi. Nawet nie zauważył, kiedy się odwróciła.

– Nic. – Wzruszył ramionami. – Widzę, że się już rozgościłaś – stwierdził bez przekonania, sadowiąc się na brzegu wąskiego łóżka. Spod ciemnej kapy, która, rzucona niedbale przykrywała stalowoszarą pościel, wydobył niewielką poduszkę. Dla niej, jak zwykle.

– Ja już od dawna czuję się tu jak w domu – mruknęła, uśmiechając się ironicznie. Po raz setny przebiegła wzrokiem po tak dobrze znanym sobie pomieszczeniu. Łóżko, martwa nocna lampka. Biała tapeta, chłodne panele. Meble z czarnego drewna, metalu i szkła: szafa, stół. No i fotel, skórzany, też czarny. Na stole laptop i kilka kartek papieru. To wszystko. Mogłaby rysować to z pamięci i nie ominęłaby żadnego szczegółu.

– Tak, zauważyłem. Ostatnio zapominasz nawet o pukaniu – stwierdził ponuro, widząc, jak kąciki jej ust unoszą się jeszcze wyżej.

Nie lubił, gdy się uśmiechała. W tym przypadku bardziej naturalny wydawał się wyraz niechęci lub zamyślenia. Uśmiech wychodził jej groteskowo i nieładnie. Może to dlatego, że cała była jakaś taka… urzędniczo-uczniowska. Zawsze ciemna spódniczka i biała bluzka zapięta pod szyję. Włosy czarne, okulary. Nie obejrzałby się za nią na ulicy. Nie zaprosiłby jej na kawę.

I jeszcze ta czerwona szminka. Może nie znał się zbytnio na sprawach makijażu, ale miał niejasne wrażenie, że mogła dopasować lepszy kolor. W tym wyglądała, jakby właśnie wypiła szklankę krwi.

Po plecach przebiegły mu ciarki.

– Wybacz. Nie wiedziałam, że masz jakieś tajemnice – odparła z przekąsem, odwracając wzrok. I tak czuła, że się w nią wpatruje, jak zawsze, uporczywie i bez słowa. To tylko potęgowało jej irytację. Był dokładnie taki, jak ten pokój: linie poziome i pionowe, metal, skóra, szkło. Zawsze ogolony, w wyjściowych butach. Ciekawe, kto mu tak prasował koszule. I czemu, za każdym razem gdy się spotykali, zadawał to pytanie, choć odpowiedź nigdy się nie zmieniała:

– Napijesz się?

Jak zawsze, tak i tym razem pokręciła głową, a on wzruszył ramionami, chwytając butelkę. Ciche puknięcie, brzęk szkła, milczący toast. Zakrztusił się. Parę kropel czerwonego wina spłynęło mu po brodzie. Jak krew. Odrażające.

– Łapczywość cię zgubi – mruknęła, niby to żartobliwie. Zignorował ją, ocierając usta zaprasowaną chusteczką. Kobieta westchnęła, sięgając guzików żakietu. Nie mieli zbyt wiele czasu.

Okrycie zdejmowała powoli i trochę bezmyślnie, celebrując akt rozpinania każdego guzika niczym kolejne elementy religijnego obrzędu. Jednak czarna marynarka została rzucona na krzesło w sposób zupełnie niedbały i od razu ześlizgnęła się z oparcia, opadając rękawami na podłogę. Kobieta zignorowała ten fakt, przykucnąwszy na skraju łóżka. Powolnym ruchem odpięła dwa górne guziki bluzki, nawet nie zerkając w stronę patrzącego na nią posępnie mężczyzny. Zupełnie jak wtedy, na samym początku.

*

Żadne z nich nie pamiętało już dokładnie jak doszło do pierwszego spotkania i rozmowy, jak gdyby tamten dzień był granicą, przed którą w ich życiach nie było nic wartego odnotowania. Dopiero z mglistej strefy późniejszych wspomnień leniwie wyłaniały się zamazane wizje pochmurnego dnia i pokoju skąpanego w półmroku, którego nie było w stanie rozjaśnić nawet mdłe światło, sączące się przez niezasłonięte popielate żaluzje.

– Jest interes – powiedziała wtedy, ni stąd, ni zowąd. – Można naprawdę dużo zarobić.

Mężczyzna był zniesmaczony jej pewnością siebie i chłodną bezpośredniością jaką prezentowała. Ale, pomimo początkowego zamiaru zapobieżenia wiszącej w powietrzu tyradzie, słuchał. Nie mógł przecież jej zignorować.

– Wszystko opiera się na tym, że tak naprawdę istnieje życie po śmierci – mówiła, podczas gdy on prychał z lekceważeniem ale też, mimowolnie zaciekawiony, wpatrywał się w jej spokojną twarz. – Mówiąc najprościej jak się da: człowiek, gdy już umrze, idzie tam, gdzie jeszcze w czasie życia był przekonany, że się znajdzie.

Nie rozumiał z tego wiele, może nie chciał rozumieć. Posądził ją o przynależność do sekty, później o szaleństwo. Ale ona była pewna swego. Mówiła o materialnym ciele i nieśmiertelnym duchu, który trwa wiecznie. Że gdy zabraknie ciała, to co stanowi esencję człowieka stwarza iluzję dalszego bytowania.

– Życie po śmierci to coś jak wielki hotel z nieskończoną liczbą pokojów – mówiła niezrażona jego dezaprobatą. – Każdy ma tam swój i urządza go tak, jak ma na to ochotę, a dokładniej tak, jak sobie to wyobraził wcześniej.

Próbował zbić tok jej rozumowania, pytał o duchy, reinkarnację, nirwanę. Zasłaniała się niewiedzą, domysłami, w końcu nazwała go ignorantem. Powiedziała, że posłańcy obsługują tylko chrześcijan, a reszta ich nie obchodzi.

– A nawiedzenia, załatwianie niedokończonych spraw po śmierci, zemsta na zdradliwym współmałżonku…? – dopytywał. Szybko zgasiła jego entuzjazm.

– Oglądasz zbyt dużo telewizji – prychnęła. – Zmarli wcale nie są chętni do powrotu tutaj, ani tym bardziej do kontaktu ze światem, który porzucili. A od załatwiania spraw po śmierci, to jesteśmy my, tylko, że jakby w drugą stronę. Widzisz… – kontynuowała po chwili zastanowienia – niektórzy ludzie rodzą się ze specyficznymi zdolnościami, jak ja. Potrafimy wprowadzić się w taki stan, że… hm, mówiąc obrazowo, nasz duch odrywa się od ciała. Wtedy nawiązanie kontaktu ze zmarłymi to już łatwa sprawa. Po prostu mamy klucze do dowolnego pokoju w hotelu.

Nie rozumiał zbyt wiele, ale ona, powstrzymując irytację, tłumaczyła mu cierpliwie, że zmarli nie mają ochoty na kontaktowanie się z żywymi, ale żywi mają sposoby, by dotrzeć do zmarłych. Są posłańcami. Zawsze znajdzie się ktoś, kto chce przekazać coś zmarłemu. A posłańcy mają konkurencyjne stawki i rabaty dla klientów niektórych zakładów pogrzebowych. Pokazała mu wizytówkę.

– Powiedzmy, że ci wierzę – stwierdził ostrożnie. – Czego chcesz ode mnie?

– Niewiele. Tylko żebyś podczas mojej pracy siedział przy mnie ze stoperem w ręku. Jako strażnik posłańca dostaniesz 35% od zlecenia.

Zgodził się wtedy. Do dziś nie rozumie dlaczego.

*

W milczeniu przesunęła się do wezgłowia łóżka i ułożyła odpowiednio poduszkę. Mężczyzna obserwował ją w skupieniu, aż w końcu odwróciła ku niemu wzrok.

– Kto tym razem? – spytał, niby od niechcenia, starając się nie zdradzić faktycznego zainteresowania. Obojętnie wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Jakiś młody mężczyzna.

– Jak zginął? – nieomal wszedł jej w słowo.

– Czy to ważne? – prychnęła, poirytowana. – Samobójca. Zginął, jak zginął, nic nam do tego.

– Naprawdę nigdy się tym nie przejmujesz? – ciągnął, niezrażony.

– Posłuchaj – złożyła ręce i odwróciła twarz w jego kierunku. – To nie jest istotne. Nie muszę wiedzieć jak zginął, by wypełnić zlecenie. Jeśli mam być szczera, zupełnie mnie to nie obchodzi. Śmierć to śmierć, mnie interesuje to, co jest po niej.

Drażnił go jej ton. Wstał więc, zrobił kilka kroków w stronę okna, po czym zatrzymał się i wbił spojrzenie w jej plecy.

– Wybacz. Po prostu nadal nie mogę pojąć, dlaczego ludzie decydują się na coś takiego.

– Na co? Kontakt ze zmarłym? – westchnęła z rezygnacją. – Mam wrażenie, że tłumaczyłam ci to już wiele razy. Nie masz pojęcia, jak różne mogą być pobudki. Począwszy od ostatniego wyznania: „to zawsze ciebie kochałem, choć nie zdążyłem ci tego powiedzieć”, przez: „wybacz mi, już więcej nie wsiądę za kierownicę po alkoholu”, skończywszy na: „gdzie, do cholery, schowałeś skarby rodzinne?!” – uśmiechnęła się gorzko. – Miłość, wyrzuty sumienia, chciwość… tak, to dobre powody by zapłacić za możliwość kontaktu. Gotowy?

Ponuro kiwnął głową, lekko unosząc przygotowany wcześniej stoper.

– A tak w ogóle – stwierdziła tonem, który sugerował, że sama jest zaskoczona – odkąd tu jestem, mam wrażenie, że miałam ci powiedzieć coś ważnego. – Uniósł brwi w wyrazie zdziwienia. Pokręciła lekko głową, poczym ułożyła się wygodnie na poduszce. – Nie pamiętam, ale przy odrobinie szczęścia – mówiła coraz wolniej – przypomni mi się, jak wrócę.

– Na pewno – mruknął bez przekonania. Spod półprzymkniętych powiek wysłała mu jeszcze karcące spojrzenie.

– Do zobaczenia za pięćdziesiąt trzy minuty – powiedziała sennie.

– Do zobaczenia.

Zerknął na stoper. Podobno cały problem z posłańcami polega na tym, że stan oddzielenia ducha od ciała w praktyce jest bardzo groźny. Jeśli trwa on zbyt długo, powrót może okazać się niemożliwy. Oficjalnie za najbezpieczniejsze posłańcy uznali pięćdziesiąt trzy minuty i poza ten czas nie wolno im wykroczyć. Tyle, że „tam” czas nie istnieje, dlatego niemożliwe jest wyprawienie się z posłannictwem samotnie. Potrzeba kogoś, kto będzie czuwać nad pozostawionym ciałem, by w razie zbyt długiej nieobecności przywołać ducha z powrotem. Dlatego tak bardzo potrzebowała strażnika. Sama nie mogła zdziałać nic.

Oddychała powoli, coraz spokojniej. Zerknął w jej stronę, skupiając wzrok na niewielkim znamieniu, które miała za prawym uchem. Było widoczne pomimo rozsypanych na poduszce ciemnych włosów. I tak znał ten obraz na pamięć.

– Czas start – szepnął, naciskając przycisk.

*

Cmentarz tętnił życiem. Olbrzymie buki obsypane liśćmi w kolorze soczystej zieleni szumiały głośno. Wiatr, niczym niewidzialny dyrygent, wprawiał w ruch ich potężne konary, przypominające ramiona skrzypków i wiolonczelistów. Jednocześnie uganiał się po błękitnym niebie za małymi barankami, połyskującymi w złocistych promieniach słońca. Powietrze pachniało ciepłą wiosną i kwiatami, które spotkać tu było można w całej ich naturalnej różnorodności.

Cmentarny koncert grały także ptaki, które, ukryte gdzieś wśród konarów, wyśpiewywały swoje piosenki do wtóru z radosnym brzęczeniem pszczół, unurzanych w kielichach przekwitających kwiatów. Cały świat zdawał się zatrzymać na progu lata, w melodyjnym i niecierpliwym oczekiwaniu nadchodzących dni.

– Coś jest nie tak – mruknęła do siebie, rozglądając się wokół. – Powinno być inaczej.

Krzywe, zmurszałe nagrobki, okryte kołdrą świeżych kwiatów, wyrastały ciasno jeden obok drugiego. Ktoś kiedyś wyznaczył między nimi wąskie, żwirowe ścieżki, które teraz porosła bujna trawa. Kobieta kopnęła mały kamyk, który pofrunął gdzieś w wielobarwną przestrzeń.

Musiała popełnić gdzieś błąd. Ale gdzie? To nie był jej pierwszy raz, znała reguły. Gdy ciało przestaje funkcjonować, ludzki duch istnieje nadal, ale tylko w sferze projekcji jego oczekiwań względem śmierci. To było jasne. Obiektywnie nie ma więc Boga ani żadnego Sądu. Nie istnieje piekło i wieczne męczarnie. Ale tylko obiektywnie i w teorii. W praktyce zaś, ktoś, kto za życia był gorliwym chrześcijaninem i w swojej ocenie, tak w głębi serca, wierzył, że czyni dobrze, zapewne po śmierci znajdował własne miejsce w anielskich chórach, ubrany w wygodne sandałki i prześcieradło. Inny mógł smażyć się w kotle, obsługiwanym przez rogatego jegomościa. Były i wszelkie wariacje na temat czyśćca, począwszy od poczekalni jak u dentysty, przez długie, niekończące się korytarze, skończywszy na czymś w rodzaju więziennych cel. Bywały i lepsze obrazy: zielone łąki pełne kwiatów, haremy pełne chętnych dziewic, rzeki pełne kwasu. Wszystko zależy od wyobraźni i tego, czego człowiek naoglądał się za życia. Dla tych, co nie potrafią marzyć są i całkiem zwyczajne miejsca na spędzenie wieczności: dom z dzieciństwa, pusty pokój…

Ale cmentarz?

Żwir chrzęścił pod jej stopami, gdy ruszyła ścieżką wprost przed siebie. Mijała wiekowe drzewa i krzywe, czasem zapadnięte płyty nagrobne. Po małych ławeczkach przytulonych niegdyś do grobów zostały teraz tylko połamane deski lub metalowe nóżki wkopane w ziemię.

Uśmiechnęła się w duchu. Tu nie było „niegdyś” i teraz. W tej przestrzeni czas nie miał najmniejszego znaczenia. To, co widziała, było tylko wyobrażeniem i iluzją nieboszczyka, którego poszukiwała. Choć to ciekawe, dlaczego samobójca wyobrażał sobie zaświaty jako cmentarz.

Z samobójcami nie było łatwo, choć problem był inny niż z wierzącymi w reinkarnację czy choćby niewierzącymi w ogóle. Z tymi ostatnimi nigdy nie próbowała się kontaktować, zresztą, nie znalazł się do tej pory nikt, kto złożyłby takie zlecenie, co chyba nie dziwi. Ale samobójca… Taki krok mógł sprowadzić go jedynie w piekielne otchłanie, o ile wierzył w takie rzeczy. A tu był cmentarz. Stary, nadgryziony zębem czasu i zaniedbany, ale jednak cmentarz. To było dziwne.

Nagle dotarło do niej to, co od samego początku gdzieś w głębi jej umysłu krzyczało jak rozszalałe i biło na alarm. Tknięta przeczuciem podeszła do pierwszego grobu i jednym ruchem zmiotła wszystkie kwiaty. Oburzone pszczoły poderwały się do lotu, ale ona nie zwróciła na nie uwagi.

Bardziej interesowało ją coś innego.

Płyta nagrobna była gładka i zupełnie pusta. Żadnej inskrypcji, żadnego napisu. Brak nazwiska, dat, zdjęcia. Wyprostowała się i omiotła wzrokiem pozostałe nagrobki i krzywe pomniki. Na żadnym nie dostrzegła nawet jednej litery.

Ciarki przebiegły jej po plecach. Cofnęła się na ścieżkę i ruszyła do przodu szybszym krokiem. Dróżka kończyła się ślepo, tuż pod wysokim, betonowym ogrodzeniem. Kobieta przejechała dłonią po chropowatej powierzchni muru. Gdzieś w dali słychać było odgłos ruchliwej ulicy i szum pędzących samochodów. Gdyby dobrze się wsłuchała, pewnie doszedł by jej uszu stukot kobiecych obcasów, wybijających rytm na płytach chodnika. Mimo to, wiedziała doskonale, że idąc wzdłuż ogrodzenia, nie znalazłaby furtki, a jedynie zatoczyła okrąg.

Słońce przebijało się przez liście, ogrzewając jej plecy. Odwróciła się do niego twarzą i oparła o ciepły mur. Coś poszło nie tak, wiedziała dobrze. Już dawno powinna go spotkać, siedzącego gdzieś tu, wśród grobów. A może minęło zbyt wiele czasu? Pomyliła się w obliczeniach? Człowiek, a w zasadzie jego duch, pewien okres po śmierci, pamięta wszystko to, co przeżył. To jedyny moment, by dostać się do niego i nawiązać kontakt. Ale z czasem – oczywiście tym ziemskim – zmarły zatraca się w swojej iluzji a jego dawna osobowość i pamięć przestają być dla niego istotne i ulegają zapomnieniu. Duchy przestają być sobą, rozmywają się. Dlatego nie obchodzi ich to, co dzieje się w materialnym świecie. Stają się kompletnie nieosiągalne. Przyjmowanie zleceń pół roku po śmierci mija się z celem.

Nie, nie! Nie mogła się pomylić, przecież nie zabrałaby się za niewykonalną sprawę. Przełknęła ślinę. Więc dlaczego nie potrafiła sobie przypomnieć swoich klientów? I hasła, jakie było hasło?

Jej serce załomotało jak rozszalałe. Poczuła, że cała krew napływa jej do twarzy.

Hasło, hasło… Jakie jest hasło?!

Chwiejnym krokiem zeszła ze ścieżki i zaczęła wędrówkę wzdłuż muru, po miękkiej pachnącej trawie, czasem omijając zbyt blisko położone groby. Palce wbijała w chropowatą powierzchnię ogrodzenia, aż z otartych opuszków zaczęła sączyć się krew. Przystanęła, czując pulsowanie w skroniach.

Potrzebowała hasła, kodu. Każdy klient, prócz informacji, którą chce przekazać, przed podróżą posłańca podaje także kod – pytanie, na które odpowiedź będzie znać tylko i wyłącznie zmarły, na przykład o imię psa z dzieciństwa czy kolor ścian sypialni. Uzyskanie odpowiedzi jest gwarancją wywiązania się z umowy i otrzymania zapłaty. Nie mogła zapomnieć hasła. Bez niego ta wyprawa nie miała sensu. Chyba, że…

Wzdrygnęła się. To niemożliwe!

Jak długo już tu była? Dziesięć minut, godzinę? Nie dałaby sobie więcej niż kwadrans, ale wiedziała, że to złudne odczucie. Pięć minut tutaj mogło oznaczać rok tam. Lub na odwrót.

A co, jeśli strażnik ją zawiódł? Jeśli zasnął, zapomniał, zemdlał, spieprzył sprawę? Co, jeśli w świecie żywych minęły dwie godziny? Nie wróci, nie uda jej się. Nawet, jeśli jej ciało umrze, dusza będzie błąkać się tu, między wizjami innych ludzi, nie mając pojęcia kim jest i skąd się tu wzięła.

Może to już się zaczęło? Nie pamięta hasła, nie pamięta twarzy swoich klientów. Nie pamięta nazwiska tego, którego szuka.

Dławiąc narastające uczucie paniki, osunęła się na trawę. Musiała pomyśleć jasno, choć przez chwilę. Ale jak, kiedy świadomość nagłego uwięzienia w niebycie, perspektywa rychłego zatracenia własnej świadomości nie pozwalała skupić myśli nawet na sekundę…

Musi wrócić! Spróbować, może się uda. Pal licho zadanie. Chociaż…

Czemu nie ma nigdzie tego samobójcy? Gorączkowo rozejrzała się wokół. Nie widziała nic prócz skrawków intensywnego błękitu, szarości grobów, kolorowych plam kwietnych, gdzieniegdzie połaci soczystej zieleni. I drzew, dzielących przestrzeń niczym olbrzymie filary podtrzymujące niebo. A może to po prostu złe miejsce? Może zagubiła się gdzieś po drodze? Spróbuje go odnaleźć jeszcze raz, jeśli to zwykła pomyłka, uda jej się. Jest jeszcze szansa, że wykona zlecenie. W przeciwnym razie wraca. Może chociaż w tym jej się powiedzie…

Z całych sił zacisnęła powieki. Starała się skupić, uchwycić jakiejś trzeźwej myśli, uspokoić rozkołatane serce. Lata praktyki przyniosły rezultat. Wkrótce jej oddech zwolnił a świadomość odpłynęła gdzieś…

Nagle świergot ptaków zamarł. Otworzyła oczy. Widziała całkiem wyraźnie.

*

Zamiast błękitu nieba nad głową ujrzała tylko biel sufitu. Przez szpary w żaluzjach sączyło się mętne światło.

– Znów jesteś ze mną? – Usłyszała dochodzący z boku lekko zaniepokojony głos. – Jak się czujesz?

Poczuła ulgę tak niewysłowioną, że zdołała jedynie westchnąć głęboko i ułożyć wargi w niezdarnym grymasie uśmiechu. Chciała spojrzeć na swojego strażnika, ale wyczerpanie i niedawny stres praktycznie przykuły ją do łóżka. Pomimo że, niczym spętana, nie mogła poruszyć żadną częścią ciała, w końcu udało jej się odwrócić lekko głowę. Mężczyzna siedział obok i przypatrywał się jej ponuro, chyba nieco przestraszony.

– Ile czasu minęło? – spytała sucho.

– Od naszej ostatniej rozmowy? Zbyt dużo – powiedział, a jej zdało się, że dostrzega w jego smutnych oczach coś na kształt troski. A może nie, bardziej nadziei. Tylko tego brakowało. Użalania.

– Jest dobrze, choć przez chwilę naprawdę się bałam, że już nie wrócę – zaśmiała się gorzko. – Nie znalazłam go. Myślałam, że zaszła jakaś pomyłka, ale skoro znów jestem tutaj, to oznacza, że wszystko w porządku. – Zmarszczyła brwi. – I chyba nawet już wiem, co robić. A co do ciebie, to powinieneś bardziej mnie pilnować – dodała surowo.

– Nie ruszam się stąd na krok, słowo – powiedział z wyraźną rezygnacją.

– Mam nadzieję. Nie zapomnij, pięćdziesiąt trzy minuty. – Skwapliwie pokiwał głową, a ona westchnęła. – W sumie to dziwne, coś naprawdę dzieje się z moją pamięcią. Raz, że nie potrafię sobie przypomnieć, jak się nazywają moi klienci, a dwa, że nadal nie wiem, co takiego miałam ci powiedzieć. No, nieważne, do zobaczenia.

Opuściła senne powieki. Ostatnim obrazem, jaki zapamiętała, był jego lekki, pobłażliwy uśmiech.

*

Znów była na cmentarzu, ponownie uderzyła w nią feeria barw, odurzający zapach kwiatów i kakofonia ptasich śpiewów. Trawa uginała się miękko pod jej stopami, gdy przedzierała się pomiędzy chropowatymi nagrobkami. Powietrze smakowało cierpkimi owocami, a ona poczuła nagłą chęć, by przysiąść na jednej z ławek i wsłuchać się w brzęczenie pszczół. To dziwne, ale czuła się tu dobrze i bezpiecznie, choć miała świadomość, iż każda zwłoka może kosztować ją wiele. Skoro już ostatnio przekroczyła czas, teraz sporo ryzykowała, wracając bez odpoczynku. Mogło to skończyć się kompletną utratą pamięci i własnej osobowości. Musiała się skupić.

Z zadowoleniem przebiegała wzrokiem po mijanych nagrobkach. Tak jak poprzednio, na żadnym z nich nie było nawet śladu inskrypcji. Co prawda dalej męczyła ją świadomość tego, że nie pamięta hasła, ale to nie było istotne. Aż tak nie zależało jej na pieniądzach, ważniejsza była ciekawość, chęć dowiedzenia się, co dzieje się z duchem, którego szuka. I dlaczego to miejsce tak różni się od pozostałych, w których bywała.

Najszybciej jak mogła przemierzała cmentarne alejki, czasem przystając, by obrzucić spojrzeniem dwa lub trzy rzędy nagrobków. Niestety, nie zawsze mogła dokładnie dostrzec wszystkie, była więc zmuszona wracać i przedzierać się między grobami. Brak pewności czy istnieje to, czego szuka, nie ułatwiał zadania, ale był to jej jedyny punkt zaczepienia. W końcu znów dotarła do betonowego muru. Zmęczona, czuła wkradającą się w jej serce rezygnację. Cmentarz był olbrzymi, a ona obeszła jedynie kawałek. Duch i ciało, duch i ciało. Gdzie podziewał się samobójca?

Rozejrzała się ponownie i nagle coś przykuło jej uwagę.

Na jednym z grobów, położonym w odległym zakątku cmentarza, prawie pod samym murem, połyskiwało coś srebrzystego. Kobieta wlepiła spojrzenie w tę jasną plamkę i ruszyła w jej kierunku, niczym zahipnotyzowana. Bała się odwrócić wzrok, by nagły punkt zaczepienia nie zniknął gdzieś wśród kwiatów.

Potknęła się o jeden z nagrobków, a złapawszy równowagę, przyspieszyła kroku. Wskakiwała na płyty, przeskakiwała ławki, starając się za wszelką cenę nie zgubić z oczu swego wymarzonego celu. W końcu dotarła. Stał między innymi, trochę przekrzywiony, ale jaśniejący w słońcu. Na płycie nie leżał ani jeden kwiat. Jak się przekonała, jej uwagę przykuło zdjęcie nagrobne, w owalnej, srebrzącej się ramce. Nachyliła się niżej, by przyjrzeć się dobrze uśmiechniętej twarzy młodego mężczyzny…

Nagle po plecach przeszedł jej dreszcz, a nogi ugięły się pod nią, tak, że opadła bezwładnie na pustą płytę. Drżącą ręką dotknęła fotografii, ale ta nie była złudzeniem. Ten nagrobek należał do… jej strażnika?

Jak to możliwe, że jeszcze chwilę temu rozmawiali? Częstował ją winem. Przecież ona fizycznie leży teraz na jego łóżku, w jego pokoju. To nie ma sensu!

A jeśli ma…?

Przebiegła oczami po nagrobnych inskrypcjach. Nazwisko i daty nic jej nie mówiły. Może to nie on, tylko podobny. Samobójca. To nie trzymało się kupy… Nie istniało wyjaśnienie.

Jakiś głos wewnątrz jej głowy mówił jednak wyraźnie: to nieprawda. Sens jest oczywisty. Po co szukasz go ponownie, skoro już znalazłaś? Przełknęła ślinę. Jeśli jej strażnik był samobójcą, którego poszukiwała, dlaczego nie pamiętała hasła? Zleceniodawcy? Treści zlecenia? Co to było za miejsce? I najgorsze z możliwych: kto czuwał nad jej ciałem w świecie żywych?

Rozpalone czoło oparła o chłodny nagrobek. Na wszystko była prosta odpowiedź. Nie było hasła i zleceniodawcy, bo nie było zlecenia. Nad jej ciałem nie miał kto czuwać, kto wie, ile czasu już upłynęło. Dziwnie spokojna przesunęła dłonią po chłodnej płycie. Pod palcami wyczuła jakieś nierówności. Przesunęła się na skraj kamienia i odczytała wyryte słowa:

Na zawsze w pamięci. K.

Coś ścisnęło ją za gardło. Przez myśli przebiegło kilka scen, wizji, bardzo wyrazistych i czytelnych. Pamiętała. Sama wybierała tę inskrypcję.

I nagle w jej głowie pojawiły się słowa. Przekaz, a w zasadzie jego strzępki. Miała powiedzieć mu to, gdy tylko się spotkają, ale nie pamiętała. Słowa uciekały z jej głowy razem z resztkami świadomości. Dlaczego mnie opuściłeś? – brzmiało w jej głowie echo. I nic więcej.

– Miłość, wyrzuty sumienia, chciwość – wyszeptała. Szkoda, że pamięć nie zachowała więcej wspomnień. Wtedy przynajmniej wiedziałaby, jaki miała powód, by złamać wszystkie zasady i samotnie ruszyć na poszukiwanie swojego strażnika.

Usiadła na chłodnej płycie. Była jak osoba chora psychicznie, której nagle, w krótkim przebłysku, powróciła świadomość. Nie czuła nawet żalu, w końcu wiedziała, że wkrótce zapomni o wszystkim. O życiu, o śmierci, o samobójcy, o zleceniach. Rozpłynie się jak poranna mgła.

*

Pierś kobiety uniosła się lekko i opadła z cichym westchnieniem. Mężczyzna uniósł głowę, zmarszczył brwi i z trudem wstał z czarnego fotela. Powoli podszedł do okna. Mętne światło przeciskało się przez lekko przysłonięte żaluzje. To przerastało jego siły. Czuł się bezradny i zagubiony.

Czasem otwierała oczy, nawet go poznawała, ale nie potrafił wyłowić realnego sensu spośród jej słów. Uśmiechała się wtedy tym swoim nieładnym uśmiechem i po chwili znów jej świadomość odpływała. Ile to już czasu?

Odwrócił się w jej stronę i westchnął na widok nieruchomej postaci. Pasy. Czy były konieczne? Przecież nie zachowywała się agresywnie, nie stanowiła niebezpieczeństwa. W ogóle tak, jakby było tu tylko jej ciało, a duch błądził gdzieś daleko. Czasem wracał, na krótko i najgorsze było właśnie to czekanie, aż znów się zjawi. Ta nadzieja, że tym razem zostanie na dłużej.

Jak na złość, nigdy nie zostawał. A on czekał, czekał i czekał.

Zabawne. Odkąd była tu zamknięta, przesiadywał przy łóżku całymi dniami. A przecież kiedyś nawet nie obejrzałby się za nią na ulicy, nie zaprosiłby jej na kawę…

EWA WAWRZYNIAK

Reklamy
  1. Maj 3, 2010 o 4:41 pm

    Naprawdę – szacun za styl. I za pomysł.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: