Strona główna > n - Tropia, Proza > Teufelbaum

Teufelbaum

„(…) wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące
(…) i drzewo poznania dobra i zła.”
Księga Rodzaju 2,8-2,9

I

Wieczorne słońce balansuje na krawędzi horyzontu, znacząc czerwienią wierzchołki najwyższych drzew i szczyty kilku wyrastających wśród pól dachów. Panujący przez cały dzień upał powoli ustępuje miejsca nadchodzącemu chłodowi nocy, a zmęczone ukropem owady odkładają na później swój smętny skrzypcowy koncert – po okolicy snuje się melancholia i rozleniwienie. Letni wiatr nieśmiało muska grzywę trawy, po czym szybko znika wśród cichości lasu. Na polach zalega przejmująca, bezdźwięczna pustka, nagle rozerwana narastającym grzmotem silnika, który milknie wraz z piskiem hamulców i trzaskiem zamykanych drzwi.

Na środku głównej drogi niewielkiego miasteczka, umoszczonego wśród złocistych pól, postawny mężczyzna w przepoconej koszuli zostawia za sobą umilkły już samochód i żwawym krokiem rusza w stronę najbliższych drzwi. Kilkanaście domów rozrzuconych nierówno wzdłuż asfaltowej wstążki wypluwa w jednym momencie za drzwi pospolite głowy najbardziej wścibskich mieszkańców. Spocony mężczyzna spogląda to w prawo, to w lewo, i nie zwalniając kroku odwzajemnia spojrzenia, pochylając lekko wysokie czoło. W drodze do wejścia trzykrotnie próbuje splunąć i trzykrotnie ponosi porażkę – zgrzytający między zębami kurz zdaje się na stałe zrastać z podniebieniem i językiem. Mężczyźnie najwyraźniej jednak nie robi to wielkiej różnicy – spluwa raczej automatycznie, niż dla jakiegoś efektu. Po trzeciej próbie ciekawskie głowy zostają na powrót wessane do wnętrz domów.

Kiedy mężczyzna staje w otwartych z niemałym hukiem drzwiach, ze środka wita go chóralny wrzask:

– Sołtys! Panie sołtys! Tu do nas, prosimy!

Wywołany uśmiecha się pod wąsem i kieruje swoje kroki do stolika, gdzie nad lasem pustych kufli i butelek czterech miejscowych snuje filozoficzną gawędę o życiu seksualnym sąsiadów w kontekście ogólnie panującego na świecie skurwysyństwa.

– Moczymordy! Pijanice! A piwo dla mnie gdzie, ha?! – sołtys rozsiada się na wolnym zydlu jak szlachcic posesjonat na swojej zagrodzie.

– Ano stało gdzieś tu… – jeden z siedzących, zarośnięty jak niedźwiedź grubas, zawiesił na chwilę ochrypły głos, pomachał ręką nad pustymi butelkami i drapiąc się w ciemię dokończył – … ale gdziesik się zapodziało…

– To może skocz za bar i przynieś mi moje zbłąkane piwko, co? A ja tu w tym czasie popilnuję twojego… – grubas zerwał się ze stołka i bez słowa pomknął, z zadziwiającą jak na swoją tuszę prędkością, do stojącego za barem właściciela knajpki, ukradkiem rzucając zaniepokojone spojrzenia na własne piwo, które w ułamkach sekundy znikało w spragnionym gardle sołtysa.

– Ależ mnie wysuszyło, chłopcy… Mówię wam – nie mnie w taki upalny dzień jeździć za interesami do Miasta… Było sobie odpuścić, na ganku w cieniu posiedzieć, z kolegami szanownymi buteleczek parę opróżnić… – tu sołtys zrobił sobie krótką przerwę. Taką, żeby doprowadzić przyniesioną w międzyczasie przez grubasa butelkę do stanu filozoficznego: w połowie pustego i pełnego jednocześnie.

Drugi z siedzących, tuszą nie ustępujący bynajmniej zarośniętemu delikwentowi, skorzystał z chwili przerwy i czkając z lekka zapytał:

– I c-co tam, p-p-panie sołtys na wielkim świ…-eeep…-cie słychać?

Sołtys mlasnął z uznaniem, spojrzał krytycznie na trzymaną w dłoni butelkę pod światło, skrzywił się na widok chlupoczącego równo w jej połowie płynu i mruknął ni to do świata, ni to do siebie:

– W połowie pełna, taka jej mać…

Pozostali zamilkli przytłoczeni ogromem intelektu, jaki został włożony w tę niemal metafizyczną uwagę poczynioną przez pierwszego z równych. Nie minęła chwila, kiedy odezwał się kudłaty grubas, lekceważąc niemal sakralny nastrój chwili i wykazując się całkowitym brakiem zmysłu samozachowawczego:

– A ja to bym rzekł, że ta ona buteleczka w połowie pustawa jest… Tak jakby od pasa wzwyż, tak…

Sołtys spojrzał na niego złym wzrokiem i zripostował natychmiast:

– Boś głupi wiejski ćwok.

Atmosfera przy stoliku zagęściła się momentalnie. Zdawać by się mogło, że w powietrzu już słychać dźwięk tłuczonego szkła i okrzyk bojowy tysiąca męskich gardeł. Na szczęście barman, który niemałą nabył wprawę w obserwowaniu stanu swoich gości, zareagował instynktownie i rzucił niby od niechcenia przez całą salę:

– Przyjezdnego mamy, sołtysie.

Towarzystwo przy stoliku spojrzało po sobie, przybierając na zapite oblicza wyraz inteligentnego niezrozumienia i zdziwienia.

– Ano przyjezdny. Miastowy jakiś. Ale nie z naszego Miasta, tylko skądiś dalej. Przyjechał pono z polecenia jakiegoś Centrali, czy kogo…

Sołtys uniósł się z zydla i obdarzając ciężkim spojrzeniem kudłatego grubasa pogroził mu palcem, po czym wypił duszkiem resztę piwa, pozbawiając kompanów tym samym pretekstu do zabawy i odstawił pustą butelkę do zgromadzonej na stole kolekcji. Następnie wskazując na miejsce, z którego właśnie wstał, pożegnał się z pozostałymi w krótkich słowach:

– JA tu siedzę.

I wyszedł.

Na zewnątrz wreszcie ustąpiła nieznośna duszność powietrza. Z lekka zachmurzone niebo dawkowało co chwilę skromne ilości księżycowego blasku, które rzucały więcej mrocznych cieni, niż dawały światła. Owady przypomniały sobie, że ich życie jest nie tylko krótkie, ale również kruche, i w szaleńczym staccato nadganiały wieczorny materiał swojego spóźnionego występu. Z pól między domy spływał delikatny szum, który mógłby któremuś z mieszkańców skojarzyć się z morzem, gdyby którykolwiek z nich nad morze kiedykolwiek się wybrał.

Sołtys potoczył się w stronę jedynego miejsca, gdzie przyjezdny mógł bez problemu dostać nocleg i gościnę: w domu niemal stuletniej wdowy, która za niewielką opłatą zgadzała się przyjmować niefortunnych przybyszów, by do późna w nocy katować ich opowieściami sprzed wieków, wspomagając się kilkunastoma opasłymi albumami ze zdjęciami. Bywało nie raz i nie dwa, że strudzony podróżą gość po godzinie przebywania z wdową odkrywał w sobie nagle dwie umiejętności: zapas sił wystarczający na podróż w dowolnym kierunku i to w promieniu co najmniej stu kilometrów od Miasteczka oraz cudowny talent do tworzenia ad hoc misternych wymówek, które zmuszały go do natychmiastowego wyjścia.

„Taaa… Wdowa to ma gadane… Stara raszpla się nieźle trzyma… Kto ją tam wie, czym się faszeruje i skleja, rura jedna… Gadają baby, że mazidła jakieś cudowne ma… Ale czego to baby nie powiedzą byleby tylko gadać…” – rozumował swobodnie w zaciszu swego umysłu sołtys, po czym nagle zatrzymał się, by po dłuższej chwili bezruchu gwałtownie zawrócić w stronę baru.

„Skoro jeszcze tu jest, a nie uciekł, to albo śmiertelnie zmęczony bydlak, albo wytrzymały skurczysyn jakiś… Jak do rana wytrzyma u wdowy – znaczy się ma ważną sprawę. Jak nie wytrzyma – to jebał go pies…”.

Drzwi do baru huknęły, aż echo poniosło się po sali.

– Czy nie mówiłem, że JA tu siedzę?! No to teraz…

W spokoju nocy rozległ się nagle potępieńczy wrzask, który już po chwili przeszedł w pijacką pieśń zwycięstwa.

Barman westchnął pod nosem. Czekała go długa i męcząca noc.

II

Ranek nieśmiało zajrzał na pola wokół Miasteczka, upewnił się dwa razy, że mroki nocy odpłynęły za swoją panią i dopiero wtedy sam wtoczył się na pagórki, robiąc miejsce dla kolejnego dusznego dnia. Wśród zbóż i traw lunarne stworzenia ustępowały pola liczniejszym siłom spod znaku słońca i błękitnego nieba. Uważny obserwator być może zainteresowałby się dziwną gwałtownością, z jaką owa zmiana warty przebiegała. Bystry spacerowicz spojrzałby pewnie ze zdziwieniem pod nogi i zorientował się, że błyszczące między źdźbłami iskierki to nie zbłąkane krople rosy, tylko tysiące chitynowych pancerzyków, błyszczących we wschodzącym słońcu niespotykaną paletą barw. Poszukiwacz zaginionej rok wcześniej buteleczki jałowcówki, uporczywie wpatrujący się w ziemię, przy odrobinie wątpliwego szczęścia odnalazłby truchła zajęcy, myszy i kretów, nietknięte jeszcze przez zęby i żuwaczki padlinożerców.

Jednak tego konkretnego, gorącego jak piec hutniczy dnia uważny obserwator zaspał i nie zdążył wyjść na pola, by jak co dzień oglądać wschód słońca. Bystry spacerowicz od tygodnia leżał w domu ze zwichniętą kostką i bezwstydnie korzystał z dobrodziejstw przebywania pod opieką kochającej kobiety. Natomiast poszukiwacz jałowcówki dzień wcześniej porzucił definitywnie nadzieję o odnalezieniu swojej zagubionej buteleczki, wybrał się zapić stratę do baru, dostał serdecznie drewnianą lagą w łeb, po czym udał się na zasłużony odpoczynek pod stołem.

Nie było więc nikogo, kto miał choćby okazję zobaczyć, jak w epicentrum koła złożonego z martwych stworzeń kiełkuje w całkowicie suchej ziemi smętny pęd o ciemnych liściach i wyraźnie zaznaczonych kolcach. Ot – ludzki pech i złośliwość losu.

A mieliby o czym później opowiadać.

III

Sołtys wstał wcześnie – słońce jeszcze nie przekroczyło zenitu. Niesprecyzowane godziny pracy były jedną z licznych zalet zarządzania Miasteczkiem. Tuż obok plasowały się bliżej nieokreślone obowiązki spoczywające na tym urzędzie i pobłażliwość administracyjna Miasta. Ze stanowiskiem sołtysa związany był również nieograniczony kredyt w barze – nie do przecenienia w długie jesienne i zimowe wieczory, jak również w ciepłe wiosenne i letnie dni.

Tupot białych mew na śliskim pokładzie niezbyt płynnie przeszedł w systematyczny łomot czyjejś pięści o drzwi.

Sołtys leniwie otworzył prawe oko.

Zamknął.

Uniósł lewą powiekę.

Zamknął.

Spróbował jednocześnie.

Zabolało.

Wszechobecne światło wdzierało się do mózgu przez każdą najdrobniejszą szczelinę czaszki i z głośnym hukiem odbijało od szarych komórek. Łomot w drzwi nie ustawał. Ba, potężniał z każdym kolejnym uderzeniem. Nie widząc innego wyjścia z tej patowej sytuacji, sołtys postanowił skapitulować i stawić czoła światu. Dynamicznie otworzył oczy, przeskoczył z trybu horyzontalnego w wertykalny i truchtem ciężko skacowanego niedźwiedzia ruszył na spotkanie natarczywego gościa. W drodze do wejścia naprędce tworzył słowa powitania, które jak mantrę sączył spomiędzy zaciśniętych zębów.

– Ty skurczy bękarcie chędożony… Żeby cię diabli wydymali na trzy baty… Zawszony powitać szanownego pana, w czym mogę służyć? – głos sołtysa bez zająknięcia przejął kontrolę nad sytuacją, kiedy okazało się, że za otwartymi drzwiami stoi ubrany w garnitur jegomość z aktówką w dłoni.

– Mam przyjemność z panem Majchrem? – głos przybysza brzmiał ciepło, przyjemnie dla ucha. Dźwięczała w nim jednak jakaś dziwna nutka, która w jednej chwili otrzeźwiła sołtysa i postawiła nielicznie zachowane synapsy w stan gotowości bojowej.

– W samej rzeczy, Majcher jestem. Pomóc w czymś szanownemu panu?

– Istotnie. Pan pozwoli, że nie będę wchodził do środka, mam do pana tylko taki mały interes… – gość zawiesił na moment głos i znacząco zlustrował sołtysa, który dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że przyjmowanie gościa w drzwiach na waleta to niezbyt dobry pomysł, zwłaszcza kiedy pół ulicy wygląda zza firanek i bacznie obserwuje całą sytuację.

Majcher wyprostował się dumnie i z pozornym spokojem odpowiedział:

– Szanowny panie, chwileczkę króciutką, się tylko z lekka do porządku doprowadzę.

Przybysz przyzwalająco skinął głową i odpowiedział:

– To ja zaczekam na pana w tym ustronnym lokalu po drugiej stronie ulicy.

Dopiero kiedy za gościem w garniturze drzwi zamknęły się z jękiem zardzewiałych zawiasów, sołtys pozwolił sobie na chwilę zadumania.

– Ki czort przysrał tu tego elegancika?…

Majcher szybko zlustrował swój stan, doszedł do wniosku, że potrzeba mu ubrania i ruszył w salony na poszukiwania. Kwadrans później odnalazł niemal wszystkie części swej wymiętej garderoby, które mimo definitywnie wczorajszego stanu wciąż klasyfikowały się do kategorii: „Już zalatuje, ale jeszcze można ubrać”. Za kołnierzykiem spoconej koszuli wylądował krawat pamiętający nie tylko lepsze czasy, ale i co najmniej jedną epokę lodowcową. Pstrokaty pasek materiału przed laty zapleciony został w finezyjny węzeł, który przy odrobinie wysiłku mógłby służyć za stryczek.

Ciekawscy sąsiedzi nie opuścili okiennych posterunków. Ba, niektórzy nawet zdążyli przygotować sobie zakurzone aparaty fotograficzne, gdyby sołtysowi przywidziało się znowu paradować bez gaci przed całą ulicą – fakt ten udokumentowany na kliszy z pewnością stanowiłby największą atrakcję towarzyską przez kilka kolejnych dekad. Jakże wielki był więc zawód sąsiedzkiej braci, gdy Majcher z pełnym rynsztunku wyszedł pańskim krokiem z domu i skierował swe kroki w stronę baru.

Podczas wchodzenia do knajpy nie musiał trudzić sobie rąk otwieraniem drzwi, bo te opalały się w południowym słońcu na środku ulicy. Zza mgły wspomnień na moment wypłynął przed oczy sołtysa obraz któregoś z przyjaciół pospiesznie opuszczającego lokal z nieznacznym tylko przystankiem w okolicach pustej już teraz framugi.

Bar sprawiał wrażenie opuszczonego – przy jedynym sprawnym stoliczku siedział jegomość z aktówką i popijał pachnącą na całą salę kawę.

– Obawiam się, że dzisiaj jesteśmy skazani na samoobsługę. – bez podnoszenia wzroku stwierdził siedzący i z wyraźnym zadowoleniem łyknął czarnego płynu.

Sołtys podszedł do kontuaru, dla przyzwoitości zerknął za ladę, upewnił się, że naprawdę nikt go nie obsłuży, po czym wyciągnął z lodówki dwa zimne piwa. Wystudiowanym ruchem kciuka odesłał w kąt jeden z kapsli i z lubością łyknął pienistego płynu.

– Zapraszam do stolika, panie Majcher. – gość w garniturze ruchem dłoni wskazał na stojący przy jego stoliku zydelek.

Sołtys ciężko siadł na niewielkim krzesełku, które zatrzeszczało z bólu, ale dzielnie zniosło tę próbę wytrzymałości. W powietrzu parabolę zakreślił drugi kapsel. Wylądował mniej więcej w tym samym miejscu co poprzedni. Jegomość z aktówką gwizdnął cicho pod nosem i skomentował umiejętności Majchra krótkim zdaniem:

– Znać rękę fachowca…

Sołtys nie odpowiedział z dwóch powodów. Po pierwsze był zbyt zajęty opróżnianiem „na raz” drugiej już butelki, a poza tym nie miałby zielonego pojęcia, co odpowiedzieć. Wynikłą w ten sposób inteligentną ciszę przerwał miękki głos gościa w garniturze:

– Pan pozwoli, że się przedstawię: Teufelbaum jestem. Prywatnie koneser kawy… – tu przybysz zasalutował rozmówcy filiżanką wonnego płynu i z lubością malującą się na twarzy łyknął ze dwa razy, po czym dokończył – … służbowo Doradca do Spraw Alternatywnych Form Żywienia. Wasze Miasteczko zostało wytypowane przez Zarząd Centralny…

W głowie sołtysa powstał zamęt. Słowa Teufelbauma, kimkolwiek był, płynęły swobodnie gdzieś obok. Z jego gadaniny Majcher pojął tylko jedną frazę: Zarząd Centralny. Na zjazdach administracyjnych z rzadka wspominało się, że są tacy, którzy nad tym wszystkim czuwają, choć wielu twierdziło, że to jedynie plotki i pomówienia. A tu proszę… Zjawia się taki cwaniaczek w garniturku i mówi, że go Centrala przysłała. Instynkt kazał sołtysowi zachować się profilaktycznie w zaistniałej sytuacji i zgadzać na wszystko.

– … postępowy sposób nawożenia i liczne próby genetyczne pozwoliły naszemu ośrodkowi opracować prototypowe sadzonki nowego gatunku jabłoni, którego owoce po spożyciu zasadniczo wpłyną zarówno na biologiczną, jak i psychologiczną… Przepraszam, czy ja pana nudzę? – Teufelbaum bystro spojrzał na Majchra, po czym z uśmiechem powstrzymał go od nieudolnej próby wytłumaczenia się:

– Ach tak… Po pana minie wnoszę, że wszystko zostało już wcześniej wyjaśnione na którymś z administracyjnych zjazdów – fantastycznie zatem. Proszę mi wybaczyć urzędniczą nadgorliwość. Skoro wszystko jasne, to przejdźmy do meritum…

Sołtys już był gotów zrywać się od stołu, ale zauważył, że gość ciągle siedzi i nigdzie się nie wybiera, więc sam też pozostał na swoim miejscu.

– Sprawa wygląda następująco: pozwoliłem sobie wczoraj wieczorem zasadzić jedną ze wspomnianych już wcześniej sadzonek na pobliskim wzgórzu. W tym roku testujemy jabłonie. Interesują nas przede wszystkim warunki agrarne, w jakich nasza odmiana jabłoni przyjmie się najlepiej. Nazwijmy to w skrócie testem gleby. Do pana i pańskich podwładnych kierujemy dwie maleńkie prośby: po pierwsze proszę nas na bieżąco informować o wzroście drzewa, wystarczą cotygodniowe raporty, które będzie pan przekazywać na zjazdach administracyjnych przewodniczącemu. Mam nadzieję, że znajdzie pan na to czas w gąszczu innych obowiązków, panie sołtysie…

W głosie Teufelbauma mocniej zadźwięczała ta dziwna nutka, która już wcześniej zaniepokoiła Majchra. Wynikało z niej jasno, że prośba o raporty w rzeczywistości nie była prośbą, tylko najzwyklejszym w świecie poleceniem służbowym. Jakby po ludzku i od razu nie można powiedzieć… Gość jednak nie skończył swojego monologu.

– Natomiast druga prośba, tu podkreślę z całą mocą to słowo: prośba, dotyczy owoców, które dojrzeją na świeżo zasadzonej jabłonce. Pod żadnym pozorem proszę ich nie spożywać, mogą bowiem mieć własności jeszcze niestwierdzone w testach klinicznych. Póki co wiemy na pewno, że znacząco poprawiają tężyznę fizyczną i intelektualną, jednak kosztem racjonalnej oceny podejmowanych przez jednostkę działań, które można wartościować operując kategoriami dobra i zła…

Majcher zamyślił się głęboko. Spodobało mu się, więc zamyślił się jeszcze bardziej. Przyjezdny wprawdzie gadał bez większego sensu, ale jednak coś większego za tymi słowami się kryło. W sołtysie obudził się duch solidarności lojalnościowej: „Że niby jabłek nie ruszać, bo nam krzepy i rozumu przybędzie, tak? A co to komu szkodzi? Jak nam na bezczela zasadził na naszym gruncie to zawszone drzewo, to niech teraz nie mówi, co możemy z nim robić, a co nie! Znalazł się elegancik francowaty!”. Jednak zamiast wyrazić swoje obiekcje na głos, odparł tylko:

– Się rozumie, szanowny panie. Drzewka nie ruszać, raporciki pisać i sobą się zająć.

Na twarzy Teufelbauma wykwitł szczery słowiański uśmiech. Gość rozłożył szeroko ręce i z wyraźnym zachwytem niemal wykrzyczał:

– Szanowny panie! Od razu wiedziałem, że mam do czynienia z człowiekiem światowym, który wszystko w mig pojmie! Niezmiernie wdzięczny jestem za naszą pogawędkę – mam nadzieję, że wszystko będzie układać się jak najlepiej. A teraz pan łaskaw będzie wybaczyć, ale obowiązki wzywają. W razie jakichkolwiek problemów proszę zwrócić się do przewodniczącego na zjeździe. Zostanie on upoważniony do wydawania pomniejszych dyspozycji w sprawie sadzonek. Proszę przy najbliższej okazji pozdrowić panią Eugenię i zapewnić w moim imieniu, że jeszcze kiedyś zjawię się na jakąś wieczorną pogawędkę przy dobrej kawie. A póki co: do wiedzenia!

I zanim Majcher zdołał się zorientować, mężczyzna w garniturze wypadł z knajpy na rozgrzaną od słońca jezdnię, by już po chwili żwawo maszerować w stronę Miasta.

– Co za… – sołtys nie potrafił znaleźć żadnego adekwatnego dla Teufelbauma epitetu w swoim, bądź co bądź, bogatym zasobie inwektyw, więc splunął za nim na pożegnanie i z ciekawości ruszył na jedyne w okolicy wzgórze, gdzie spodziewał się znaleźć sadzonkę,
o którą tyle zamieszania się nagle zrobiło.

Kiedy po drodze spotkał starą wdowę, krzyknął w jej stronę:

– Pozdrowienia macie od tego tam Tufulbama! Ponoć jeszcze do was wpadnie kiedyś!

Wdowa kwiknęła, zachłysnęła się i z potępieńczym wrzaskiem uciekła w stronę swojego domostwa. Sołtys wzruszył ramionami, popatrzył chwilę za kobietą biegnącą z niezwykłą, jak na swój wiek, chyżością, po czym podjął marsz na wzgórze.

IV

Teufelbaum usiadł na przydrożnym kamieniu i wyciągnął z aktówki gruby plik pokrytych drukiem kartek. Znikąd w jego dłoni znalazł się srebrny długopis, którym szybko zaznaczył parę słów na różnych stronach. Potem schował papiery z powrotem do teczuszki, leniwie rozejrzał się po okolicy, uśmiechnął sam do siebie i swobodnym krokiem zszedł z drogi w pole, gdzie porządku pilnował stary strach na wróble. Kiedy Teufelbaum przechodził obok niego, zdawać by się mogło, że strach ukłonił się z lekka mężczyźnie.

Ten, co dziwniejsze, przystanął i odpowiedział dwornym zgięciem się w pasie.

-Jussssszzzz? – wiatr zaszeleścił między starymi wiechciami słomy, nadającymi strachowi jako tako ludzką sylwetkę.

– A już. Gotowe. Dzień roboty i fajrant. – Teufelbaum wyraźnie zadowolony z siebie ściągnął marynarkę i nonszalancko zarzucił ją sobie przez ramię.

– Nie possssssłuchają zzzzzzakazzzzzu?

– A kiedykolwiek usłuchali? Wystarczy tylko czegoś zabronić, a można być pewnym, że to zrobią. A że nie rozumieją tego, co się do nich mówi i jakie są konsekwencje ich kretyńskich decyzji, cóż… Woda na nasz młyn. Zresztą to nie my mamy być tymi uczciwymi i miłosiernymi…

Kot z Cheshire pozazdrościłby Teufelbaumowi uśmiechu, który wykwitł na ustach mężczyzny, kiedy wspomniał o miłosierdziu. Zdawało się, że uśmiech ten zajmuje coraz to więcej miejsca, by w końcu połknąć właściciela i wraz z nim zniknąć z cichym trzaskiem.

– Sssssszzzzzzpaner…

Suche od słońca trawy kołysały się i skrzypiały od najmniejszego ruchu powietrza. Tłuste wróble obsiadły stojącego na środku pola stracha i kryjąc się pod połami narzuconej na niego marynarki, czekały na chłodniejszy wieczór i deszczową noc. Ptaki czuły, że tego roku plony będą wyjątkowo obfite – strach na wróble też to wiedział, choć miał na myśli coś zupełnie innego.

MACIEJ MATKOWSKI

Reklamy
  1. uqash
    Kwiecień 3, 2010 o 2:36 am

    Ciekawe opowiadanie! Barwne opisy, bardzo często na tyle zabawne, że czytałem je nawet parę razy 😉 Do tego wyrazistość postaci, wylewający się z monitora wsiowy klimat i wypiętnowanie absurdalności ludzkiej natury. Podsumowując dwoma słowami: zgrabnie i z pomysłem :]

  2. Zielińska
    Kwiecień 3, 2010 o 9:23 am

    Kawałek dobrej prozy.

  3. Lio
    Kwiecień 3, 2010 o 2:10 pm

    Zabawne,barwne a przede wszystkim klimatyczne opowiadanie które przyjemnie się czyta. Dobra robota;)

  4. :)
    Kwiecień 3, 2010 o 9:27 pm

    Wciągające, bardzo w stylu podziwnianego przeze mnie Pratchett’a. Tekst jest ironiczny, moralizatorski, z ciekawym poczuciem humoru. Bede oczekiwac dalszych dzieł Twojego autorstwa:) Niestety nie jestem w stanie napisać niczego krytycznego, nawet jeśli negatywna opinia miałaby sie okazać konstruktywną.

  5. halucynka
    Kwiecień 4, 2010 o 5:30 pm

    Intrygujące,
    Urzekające,
    Miejscami humorystyczne
    choć
    z dozą refleksji,
    okraszone, chyba, fascynacją ASa. Słowem: lubię-szanuję-czekam na więcej!

    wada- za szybko się czyta 😉

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: