Strona główna > n - Tropia, Proza > Przypowieść

Przypowieść

Grudzień 12, 2010 Dodaj komentarz Go to comments

Już od jakiegoś czasu obserwowałem, potem moje oczy obróciły się w pył i wtedy ujrzałem historię inną, dziwniejszą.

Pierwsze ukazały mi się sztuczne ognie i błyski fleszy witające nowinę. Żaden żelazny ptak nie wylądował, ani też nie runął pomiędzy braci. Jednak każdy, kto znał małego Białego Orła, przejmował się głęboko rolą i zapalał wszystkie światełka i zapalniczki.

I dało się słyszeć rozmowy pomiędzy nieznajomymi, mowa zaś była głównie o ciele Brata Człowieczego i kobiety również z tego ciała.

Nie mogłem wówczas pojąć tej nieludzkiej rozpaczy spowodowanej wygnaniem naszych bliźnich na powrót do raju. Czy zanim pokrzyżowano im plany i drogi mogli mieć już zarezerwowane inne miejsca swej ostatniej podróży?

I słyszałem dalej ogrom słów, które były od początku i później dowodem dozgonnej wdzięczności i oddania dla tych zeszłych i minionych. Tymczasem przekaźniki wszystkich ziem i stacji nie zamarły w milczeniu, lecz łączyły się w bólu z odbiornikami swego oddanego przyjaciela – tłumu.

I zobaczyłem wreszcie głowy stanu, wpierw bezładnie rozrzucone po polach Pana, potem sumiennie mierzone i pochłaniane wzrokiem tysięcy wiernych oczu. Gromadnie zebrano pozostałe blisko sto koszy resztek z ziemi nieprzyjaznej i czym prędzej zaniesiono na łono Gleby Obiecanej.

Wtem łuski opadły z moich oczu i przejrzałem. Ukazały się płaczące kobiety i mężczyźni lamentujący nad zmarłymi z wrażenia. Ale była to jedynie tradycyjna narodowa kolejka po mięsne ochłapy. Każdy bowiem wiedział: świętych, gdy już tylko przybyli, należało konsumować na miejscu, lub chować ukradkiem pod sukmaną, by czym prędzej wynieść na stoły i uznać za nabytych i dokonanych.

I widownia gromadziła się jakby wokół traktu przejazdu ostatniego peletonu, który miał przekroczyć Wielką Świętą Rzekę i granice wszelkiej przyzwoitości. W trakcie zaś każdy chciał być trochę bardziej niż zaangażowany i solidarny. Każdy też chciał być pierwszym pomiędzy równymi w odpustowym biegu, aby zostać wywyższonym na podium z czarnego marmuru, chociaż nie każdy wystartował w dobrych zawodach.

Bowiem na finiszu ich drogi to ziemskie prawo zdecydowało o przyznaniu im miejsc w Panteonie zwycięzców, bogów i królów. Wówczas właśnie nieposkromiony romantyczny Bohater jednego poranka, szlachetnie wymachując szabelką, wreszcie się dogrzebał. Mogłem widzieć już tylko, jak najeżdża na czarnym rumaku ten stary, zakurzony sarkofag…

Moje oczy, urzeczone siłą tego poruszającego przekazu, ostatecznie odmówiły posłuszeństwa. Wytchnąłem jeszcze – niech raczej dłonie nie czynią już nic więcej na ich podobieństwo.

Nieraz echa krzyków i hałas relikwii, rozchodzących się jak świeże bułki, dały się słyszeć w owym czasie. Będą upamiętniać święte życie i męczeńską śmierć niewczesnego Króla Wszystkich Ludzi i jego Królową Ludzkich Serc. Skoro zaś historia lubi się powtarzać, powtórki są przewidziane dla wszystkich słabszych uczniów tej ziemi.

I zaświadczam tym słowom mówiąc: ja jestem tym, który był w obłoku pyłu w przestrzeni powietrznej. Ten, który był zarówno powietrzem i ziemią, lawą i płaczem z gór. Mówi ten, który był pyłem i w pył was obróci.

PAWEŁ KAZIMIERZ WÓJTOWICZ

 

Advertisements
Kategorie:n - Tropia, Proza Tagi: ,
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: