Archiwum

Archive for the ‘Eseje’ Category

Południowy esej

Grudzień 12, 2010 Dodaj komentarz

Wdepnąłem w kał. Jest to slogan, który powinien pojawić się w każdym poważnym przewodniku po Katowicach. Turyści penetrujący to industrialne miasto nie złączą się duchowo z jego mieszkańcami, jeżeli chociaż raz nie pokryją swojej podeszwy brązową substancją. Uzewnętrzniające się zwierzęta zapewne nie wiedzą, jak aestetycznie traktują Katowice. Gdy spojrzysz na pysk czworonoga profanującego chodnikową kostkę, zauważysz oczyszczający uśmiech. Jak mogliby stwierdzić neoplatończycy: piękno płynie z wewnątrz. Więc ekskrementy rozprzestrzeniają się w każdym strategicznym punkcie stolicy Śląska. Właściwie jest to feministyczny fetysz, gdyż jak przekonywał Ryszard Rynkowski: „dziewczyny lubią brąz”. Rozżarzony pasek wizualizujący metabolizm mógłby znaleźć się w herbie miasta. Wyobrażasz to sobie? Zadufany Krakus spotyka w pociągu pokrytego warstwą sadzy Katowiczanina; zagaduje:

jak wiele jest u was atrakcji? Na co ten drugi odpowiada – kupa.

Slavoj Zizek w Kruchym absolucie, mówiąc o sztuce współczesnej, używa takiego sformułowania: nawet gówno, może „być” dziełem sztuki, jeśli znajduje się we właściwym Miejscu(1). Zastanówmy się zatem, czy faktycznie takie podejście może być dla Katowic wartościowe. W dzisiejszych czasach, przesiąkniętych prędkością i indywidualizmem nie sposób zabłysnąć w tradycyjny sposób. Muzea, blokowe molochy czy walące się pozostałości po okresie wzmożonego gospodarczego wysiłku mogłyby stanowić interesujące dla zwiedzających obiekty. W końcu są one niczym świadkowie koronni zeznający pod przysięgą w sprawie przeszłości miasta. Te wszystkie poranione, aczkolwiek stale pulsujące budynki wydają z siebie stłumione westchnienia. Przyłóż ucho do jakiejkolwiek pokrytej urbanistycznymi strupami ściany, a wyszepce ona swą historię. Są dni, w których bezsens egzystencji wyzwala w człowieku chęć dotknięcia faktury otaczającej nas rzeczywistości. Delikatnie więc muskasz opuszkami palców cierpiące nierówności i nagle czujesz, że jest w tej czynności metafizyka. Istota ludzka otacza się różnorakimi przedmiotami, a one w niebagatelny sposób oddziałują na samego człowieka. Tworzymy rzeczy, by one później mogły tworzyć nas. Nie jest wstyd człowiekowi uginać się pod bólem, wstyd zaś jest uginać się przed rozkoszą(2). Strawestujmy więc słowa Paskala i wyznajmy: nie jest wstyd architekturze uginać się pod bólem, wstyd zaś jest ugiąć się przed rozkoszą. Dlatego wszystkie nowoczesne, postmodernistyczne obiekty mogą pozazdrościć zaangażowania i doświadczenia jakie cechuje „prawdziwe” katowickie oblicze. Niczym sfatygowane ręce górnika szczęśliwie wracającego ze zmiany, powłoka miasta świadczy o intensywności bycia.

Jestem tylko imigrantem, który dziwnym zbiegiem okoliczności ma możliwość doświadczenia natury monumentalnej, poprzemysłowej powierzchni z emancypacyjną tradycją. Gdzie życie toczy się dwoma wertykalnie odmiennymi torami: górnym, rozświetlonym życiodajnymi promieniami Słońca oraz drugim poziomem, skrytym dla oczu zwykłego śmiertelnika, który jest przeklęty niebezpieczeństwem dnia dzisiejszego. Zabiegani „górzyści” ludzie zderzają się niczym elementy jadra atomowego, będąc raczej neutronami w ich nietrwałej naturze. Często nie maja czasu na refleksje odnośnie swych współtowarzyszy życiowej podróży, którzy pełzają jak mrówki pod ich stopami. Wyłącznie w krytycznych momentach, kiedy wszystkie dzienniki rozpisują się o katastrofie pod ziemią, coś nas lekko nakłuwa i nadszarpuje naszą indywidualistyczną obojętność. Jest to zimny prysznic dla samoświadomości, gdyż spotykające nas radości uznajemy z reguły za coś poniżej naszych oczekiwań, cierpienia zaś odwrotnie: za coś znacznie je przewyższające(3).

Wdepnąłem w gówno. Jest tak dlatego, że przenosząc się do Katowic nie zakładałem, iż staną się one powodem moich zmartwień. Systematycznie pojawiające się wiwisekcje na działającym organizmie w celu jego udoskonalenia, utrudniają bezrefleksyjną, cukierkową egzystencję. Sprawiają że mój wzrok podąża za krzątającymi się robotnikami czy wiertłami piętnującymi gładką strukturę asfaltu. Mój słuch natomiast bombardowany jest polifonicznym dźwiękiem mogącym swym natężeniem wprawić w konsternację najlepszego melomana. Wszystko jest tak bardzo niepowtarzalne i charakterystyczne wyłącznie dla tego regionu, że jedna postawa względem otaczającej rzeczywistości byłaby nietaktem. Co zatem wybrać? Przeogromną niechęć do nieładu graniczącego z chaosem, czy przemożnym zafascynowaniem historią i mentalnością ludzi, które to zabarwiają pokrytą brudem metropolię? Jednokierunkowość jest tutaj nie na miejscu, gdyż spłyca i zubaża wieloaspektowość tej przestrzeni. Kto kocha, wie doskonale, co oznacza nienawidzić. Jeżeli nigdy nie wdepnąłeś w hiperrealną kupę, nie zrozumiesz na czym polega całe piękno tych szarych, zniszczonych form. Czyżby był to masochizm?

Poruszając się po ścieżkach wytyczonych przez projektantów, nie zapomnijmy o bezdrożach i niewidocznych na GPS-ie miejscach, w które obfitują Katowice. Bądźmy niczym filozofowie, niestrwożenie zadający piekące pytania. Filozofia, podobnie jak matematyka, nie szuka tego co lepsze, lecz tego co prawdziwe(4). Właśnie w tym sformułowaniu zasadza się cała istota miasta. Prawda pojawia się tam, gdzie brak usypiających i zabijających refleksję przedmiotów, lustrzanych kolosów łaskoczących cumulonimbusy po efemerycznych brzuchach czy antywirusowej higieny pozwalającej poczuć się jak w szpitalnym oddziale. Zatem to Śląskie miasto jest akceleratorem szczerości? Owszem, ma ono w sobie nieskończone złoża nie tylko węgla, ale też filozoficznej potencjalności. Dla sprawnego myśliciela udostępnia przestrzeń do rozważań, pozwala na czcigodną zadumę. Należy pamiętać, że faktów nie da się oddzielić od tego, kto je zaobserwował, oraz od kultury, która dostarcza mu kategorii do ich opisu. Jeśli rzeczywiście tak jest, lepiej już, by obserwator opowiedział nam coś o sobie(5). Więc chcąc dowiedzieć się czegoś interesującego o tym urbanistycznym obiekcie, wejdź w płynący ludzki nurt i wyłów jednostkę, która swoją osobowością, tokiem myślenia i ekspresją przybliży Tobie naturę Katowic. Pozbawiona ludzkiego ducha materia, jest tylko namiastką prawdy, gdyż to właśnie człowiek nadaje jej znaczenia.

Dla mnie Silesia zapewniła ogrom relatywizmu, w którym po wytężonej inwigilacji odkryłem rzeczy, jakie się filozofom nie śniły. Oniryczne noce, pozbawione gwieździstego naświetlenia, rany na strukturze budynków, z których wypływa zbawcza woda i wino, wreszcie przyjaźń łagodzącą anachroniczne niedostatki infrastruktury. Wszystko to odpycha, ale jednocześnie magnetycznie przyciąga. Od Ciebie zależy, w jaki sposób zinterpretujesz otaczający świat.

Nie zeskrobię psiego gówna z butów, gdyż tylko dzięki niemu potrafię racjonalnie funkcjonować i doświadczać coraz to nowych doznań związanych z byciem dwudziestokilkuletnim studentem w wieloaspektowym miejscu. Szanuję zwierzęta za ich intuicyjność i bezpardonowość, dlatego niech naznaczają nieprzystosowaną do fekaliów przestrzeń, gdyż być może wcale o tym nie wiedząc – dają do myślenia.

KAROL WIĘCH

……….

(1) Slavoj Zizek Kruchy absolut, przeł. Maciej Kropiwnicki, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009, s. 42.

(2) Blaise Pascal Myśli, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1989, s 141.

(3) Artur Schopenhauer Metafizyka życia i śmierci, przeł. Józef Marzęcki, ETHOS , Łódź 1995, s. 53.

(4) Lew Szestow Ateny i Jerozolima, przeł. Cezary Wodziński, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 202.

(5) Ernest Gellner Postmodernizm,rozum i religia, przeł. Maciej Kowalczuk, PIW, Warszawa 1997, s. 39.

Reklamy

Esej o dymie i głodzie

Marzec 29, 2010 2 Komentarze

Jest 4:05, a oddzielone od kapitalistycznej predestynacji Katowice regenerują siły na kolejny dzień zmagań ogarnięty wyścigiem po złotówki. Zapewne dla jednych będzie to ucieczka od”: przepełnionej cynicznymi uwagami kobiety, od manifestujących swą organiczność dzieci, od wizji przyszłości, której oceanicznie chłodna natura paraliżuje członki. Dorosłość. Inni natomiast będą starali zabarykadować się „do”: hamującej indywidualność pracy, do wykonywanych mechanicznie czynności zleconych przez zarząd firmy, do stanu permanentnej teraźniejszości, by tak samo jak ci pierwsi zatopić się w nirwanie niemyślenia.

Rzeczywistość wypacza nasze poczucie spontaniczności, gasi palący żar, rozniecony być może przez jakąś wyższą istotę, która napracowawszy się przez sześć intensywnych dni, przedłużyła sobie ostatni z nich – dzień odpoczynku. Wydaje się więc, że nic-nie-robienie jest przesiąknięte pewną dozą metafizyki i magii, które nieuchronnie zbliżają nas ku doskonałości. Paradoksalne?

Emil Cioran komentuje to w taki sposób: „Wytężona, nieustanna praca otępia, spłaszcza, niszczy osobowość. Przesuwa centrum troski i zainteresowania ze strefy podmiotowej w przedmiotową strefę rzeczy, na płaszczyznę mdłej obiektywności. Wówczas człowiek przestaje się interesować swoim osobistym przeznaczeniem, swoją wewnętrzna edukacją, podsycaniem tlącego się w nim światła osobowości, by zabłysło pełnym, ciepłym blaskiem; ważne są dlań tylko fakty i rzeczy(1)”.

Jest 4:50, a pozbawiony nikotyny organizm domaga się masochistycznej inhalacji. Odpalam więc spokojnie papierosa, bo mam czas. Złapać czas za wykręcone w spiralę rogi, to ironicznie spojrzeć na restrykcje współczesnego świata. Buchnąć mu dymem w pozlepiane z przerażających nakazów oblicze, by zakasłał nadmiarem woli palacza. Nie wiem jak inni studenci V roku, ale ja roztopiłem się w Raskolnikowej nudzie, która sprawi, że albo zabiję jakąś chciwą starą jędzę, albo zacznę zastanawiać się nad otaczającym mnie światem. Obie opcje mają coś kuszącego do zaoferowania, pozostaje jedynie zajrzeć w głąb własnej studni sumienia i wyłowić ze zwierciadlanej tafli odpowiedź…

Tymczasem miasto jeszcze nie wie, a być może nigdy się nie dowie, że w momencie, kiedy ono jest pogrążone we śnie, komuś ta możliwość została odebrana. Komuś grzechy rozmyślań nie pozwalają oczyszczająco przewrócić się na drugi bok i bezproblemowo zachrapać. Jeszcze chwila, a w moje ślady pójdzie reszta katowickiego społeczeństwa, by zrobić wszystko w imię pełnego żołądka. „Za jadło poeci śpiewają jak słowiki, filozofowie tworzą systemy, sądzą sędziowie, leczą lekarze, wyją klechy, młotem i siekierą pracują robotnicy, orzą rolnicy, a państwo wżera się coraz wyżej, tworząc najwyższą kulturę(2)”. Już w szkole na lekcjach biologii wmawiano mi, żeby zaspokoić potrzeby wyższego rzędu – wzniosłe stany świadomości – należy wpierw dać upust swoim pierwotnym, zwierzęcym instynktom, takim jak wchłanianie i wydalanie. Tylko dzięki tej fizycznej cyrkulacji jesteśmy w stanie wznieść się na wyżyny ludzkiego ducha, stworzyć piękno, które na wieki będzie odbijało się echem w wszechogarniającej pustce egzystencji. Dotyczy to każdego z nas, lecz jednocześnie owa konieczność dzieli ludzi na dwie kategorie. Z jednej strony mamy tych, którzy w imię pełnego brzucha (czyli jeszcze pozbawieni kalorycznego uzupełnienia) podejmują działanie, by skonstruować coś wyjątkowego: „Za jadło poeci śpiewają”. Można by uznać ich za element społeczeństwa, który konsumuje w imię wyższych wartości. Z drugiej strony mamy szarą, efemeryczną większość, która pochłania dla samego pochłaniania. Motywem ich egzystencji jest potrzeba nażarcia się, usunięcia nadmiaru niepotrzebnych związków z organizmu i ponowne nażarcie się. Rozumiem ich, ponieważ manifestują swoja postawą Darwinowską prawdę, uzmysławiającą nam od kogo pochodzimy i kim w rzeczywistości jesteśmy. Spójrzmy na swoje ręce i nie kamuflujmy w formie zaciśniętego kułaka racjonalnej prawdy, że na zakończeniach palców rosną nam pazury.

Jest 6:00, więc miasto rozpoczyna swą krzyżową krucjatę. Na połączonych prostopadle odcinkach ulic pojawiają się jednostki mknące pospiesznie do wyznaczonych przez burczenie w brzuchu obowiązków. Również zmechanizowane pojazdy zaczynają limfatycznie zasilać żyły przebudzonego miasta. „Wolność przemieszczania się w obrębie miasta stała się dzisiaj, można by rzec, najważniejszym czynnikiem stratyfikującym(3)”. Spróbuj zakazać komukolwiek od-chodzenia, bądź do-chodzenia, a spojrzy na ciebie wzrokiem pogardliwym i pełnym nienawiści. Nawet ludzie o ograniczonej dozie sprawności wymagają, by urbanistyczni architekci projektowali w sposób dający im możliwość pokonywania odległości. Nikt nie chce pozostawać w miejscu. To smutne, bo każde miejsce, jakiekolwiek by ono nie było, może zaoferować nam niebagatelne doświadczenia: miłość, przyjaźń, satysfakcję… Być może zapuszczone przez historię (nekro)metropolie w odległych zakątkach Polski nie posiadają rozbudowanych instytucji kulturowych, ostrego sygnału satelitarnego, czy wyżłobionych asfaltowych pasków w jeszcze do niedawna zielonych połaciach, lecz jak mówi przysłowie: „każda strata jest zyskiem, tak jak każdy zysk jest stratą„. Co zyskujemy poprzez maksymalnie naciągniętą membranę czasu? Poprzez mechanicznie dźwięczące ruchy, zespalające jeden dzień z drugim, które przestają w pewnym momencie odróżniać się od siebie? Zawsze niewystarczającą odrobinę materii.

6:35, a na nieboskłonie wizualizuje się jedyna, przeszywająca prawda. Ciemność. Wydaje się, że wszystkie gwiazdy znają ten egzystencjalny fakt, zarówno Słońce, jak i inne ciała iluminujące intuicyjnie, nie raczą skazić swoim blaskiem mojej części Ziemi. Jest to pora samoświadomości rozjaśnionej przez mroczną naturę, charakterystyczną dla naszego świata. Odpalę więc ostatniego papierosa jak skazaniec czekający przed plutonem egzekucyjnym. Nie liczę na jakiekolwiek spełnienie życzenia. Zbyt wiele marzeń przygniata człowieka, bo nie sposób spełnić ich wszystkich.

Pojawia się odgłos reakcji zachodzącej miedzy gazem, a iskrą w zapalniczce, następnie filmowe zbliżenie na gorejący kawałek bibułki. Zaciągnięcie się. Wszystko robione w największej tajemnicy, ponieważ nie chciałbym pozbawić moich współlokatorek możliwości energetyczno-uzupełniającego snu. Właściwie to im zazdroszczę… Z mych nozdrzy wiją się dwa subtelne paski dymu. Strzepuję owoc wspólnego stosunku miedzy człowiekiem, a tytoniem do sfatygowanej popielniczki. „Popiół jest dla pokutującego człowieka czymś ostatecznym – śmiercią i przemijaniem, a jednocześnie jest czymś pierwszym – pierwszym stopniem wiodącym jego kroki do nieprzemijalności(4)”. Muszę być pokutnikiem, zarówno dlatego, że zostałem pozbawiony możliwości snu, jak i dlatego, że moje działanie jednoznacznie przybliża mnie do sfery nieprzemijalności. Każde kolejne wciągnięcie dymu do płuc, rozkopuje sukcesywnie otwór w ziemi, która zapewnia naszym stopom stabilizację. Im więcej tytoniu, tym mnie mniej. Osoby, które maja nadmiar wolnego czasu, jak wspomniałem mogą zabić, bądź rozmyślać. A nie ma nic przyjemniejszego, niż głowa okalana koroną cierniową z dymu oraz wykluwające się pytania, które być może nie uzyskają odpowiedzi, lecz niewątpliwie dają bezapelacyjną satysfakcję z samego procesu pobudzania neuronów w mózgu.

Cóż… Jestem jednak człowiekiem, zwierzęciem nie-wprost, i jak każdy inny ożywiony organizm potrzebuję zaspokojenia dolnej partii piramidy Maslowa. Pustka wewnątrz mnie daje o sobie znać. „Za jadło” studenci V roku piszą o czwartej rano dziwactwa.

KAROL WIĘCH

……….

(1) Emil Cioran Na szczytach rozpaczy, przeł. I. Kania, Wydawnictwo ALETHEIA, Warszawa 2007, s. 214-215.

(2) Bonawentura August Klingemann Straże Nocne, przeł. K. Krzemieniowa, M. Żmigrodzka, Wydawnictwo UwB, Białystok 2006, s. 101.

(3) Zygmunt Bauman Zindywidualizowane społeczeństwo, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2008, s. 113.

(4) Dorothea Forstner OSB Świat Symboliki Chrześcijańskiej, przeł. W. Zakrzewska, P. Pachciarek, R. Turzyński, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1990, s. 78.