Archive

Archive for the ‘Proza’ Category

Przypowieść

Grudzień 12, 2010 Dodaj komentarz

Już od jakiegoś czasu obserwowałem, potem moje oczy obróciły się w pył i wtedy ujrzałem historię inną, dziwniejszą.

Pierwsze ukazały mi się sztuczne ognie i błyski fleszy witające nowinę. Żaden żelazny ptak nie wylądował, ani też nie runął pomiędzy braci. Jednak każdy, kto znał małego Białego Orła, przejmował się głęboko rolą i zapalał wszystkie światełka i zapalniczki.

I dało się słyszeć rozmowy pomiędzy nieznajomymi, mowa zaś była głównie o ciele Brata Człowieczego i kobiety również z tego ciała.

Nie mogłem wówczas pojąć tej nieludzkiej rozpaczy spowodowanej wygnaniem naszych bliźnich na powrót do raju. Czy zanim pokrzyżowano im plany i drogi mogli mieć już zarezerwowane inne miejsca swej ostatniej podróży?

I słyszałem dalej ogrom słów, które były od początku i później dowodem dozgonnej wdzięczności i oddania dla tych zeszłych i minionych. Tymczasem przekaźniki wszystkich ziem i stacji nie zamarły w milczeniu, lecz łączyły się w bólu z odbiornikami swego oddanego przyjaciela – tłumu.

I zobaczyłem wreszcie głowy stanu, wpierw bezładnie rozrzucone po polach Pana, potem sumiennie mierzone i pochłaniane wzrokiem tysięcy wiernych oczu. Gromadnie zebrano pozostałe blisko sto koszy resztek z ziemi nieprzyjaznej i czym prędzej zaniesiono na łono Gleby Obiecanej.

Wtem łuski opadły z moich oczu i przejrzałem. Ukazały się płaczące kobiety i mężczyźni lamentujący nad zmarłymi z wrażenia. Ale była to jedynie tradycyjna narodowa kolejka po mięsne ochłapy. Każdy bowiem wiedział: świętych, gdy już tylko przybyli, należało konsumować na miejscu, lub chować ukradkiem pod sukmaną, by czym prędzej wynieść na stoły i uznać za nabytych i dokonanych.

I widownia gromadziła się jakby wokół traktu przejazdu ostatniego peletonu, który miał przekroczyć Wielką Świętą Rzekę i granice wszelkiej przyzwoitości. W trakcie zaś każdy chciał być trochę bardziej niż zaangażowany i solidarny. Każdy też chciał być pierwszym pomiędzy równymi w odpustowym biegu, aby zostać wywyższonym na podium z czarnego marmuru, chociaż nie każdy wystartował w dobrych zawodach.

Bowiem na finiszu ich drogi to ziemskie prawo zdecydowało o przyznaniu im miejsc w Panteonie zwycięzców, bogów i królów. Wówczas właśnie nieposkromiony romantyczny Bohater jednego poranka, szlachetnie wymachując szabelką, wreszcie się dogrzebał. Mogłem widzieć już tylko, jak najeżdża na czarnym rumaku ten stary, zakurzony sarkofag…

Moje oczy, urzeczone siłą tego poruszającego przekazu, ostatecznie odmówiły posłuszeństwa. Wytchnąłem jeszcze – niech raczej dłonie nie czynią już nic więcej na ich podobieństwo.

Nieraz echa krzyków i hałas relikwii, rozchodzących się jak świeże bułki, dały się słyszeć w owym czasie. Będą upamiętniać święte życie i męczeńską śmierć niewczesnego Króla Wszystkich Ludzi i jego Królową Ludzkich Serc. Skoro zaś historia lubi się powtarzać, powtórki są przewidziane dla wszystkich słabszych uczniów tej ziemi.

I zaświadczam tym słowom mówiąc: ja jestem tym, który był w obłoku pyłu w przestrzeni powietrznej. Ten, który był zarówno powietrzem i ziemią, lawą i płaczem z gór. Mówi ten, który był pyłem i w pył was obróci.

PAWEŁ KAZIMIERZ WÓJTOWICZ

 

Kategorie:n - Tropia, Proza Tagi: ,

Kolorowe wstążeczki

Marzec 29, 2010 1 komentarz

Urodziłam się pewnego grudniowego poranka w maleńkiej miejscowości, trochę zagubionej pośród sobie podobnych, gdzieś na skraju Polski. Tato zobaczył mnie przez okno szpitalnej sali przepełnionej małymi, płaczącymi zawiniątkami. Przeklinał trochę, że nie sprostał tradycji. Zawsze pierwszy w naszej rodzinie przychodził na świat syn. Matka zalewała się łzami z bólu, ze złości i niezadowolenia ojca. Złamałam regułę rządzącą tym światem i myślę, że już wtedy, uspokajana wielkim smoczkiem z butelki, zdawałam sobie sprawę z tego, że moja płeć zostanie na dobrych kilka lat poddana ciężkiej próbie. Ojciec nie wierzył w biologiczne dowody na moją kobiecą fizyczność.

Nie ma zdjęć w albumie pełnym narodzin młodszych sióstr, ślubów ciotek i wujków, pogrzebów stryjów, babek i dziadków, na których nie trzymałabym w zaciśniętej rączce zabawkowego autka. Wcisnął je do wózka ojciec. Później, żeby mnie uspokoić opowiadał o działaniu silnika.

– Brum, brum – naśladował warkot. – Urośniesz mój mały i z głowy wypadną ci te wszystkie kwiatki i sukienki. Tylko posłuchaj! Brum, brum.

Kiedy zaczęłam chodzić, ojciec oprowadzał mnie po gospodach, zakładach pracy. Wszędzie tam, gdzie mało było kobiet, za to dużo przekleństw. Wbrew zakazom mamy, co miesiąc chodziliśmy razem do fryzjera, gdzie skrupulatnie byłam pozbawiana ciemnych włosów. Przyglądałam się
ruchom brzytwy na twarzach mężczyzn.

– A kiedy ja będę mieć taką brodę, jak ty?

– Jeszcze trochę musisz poczekać – uspokajał mnie golibroda mrugając porozumiewawczo w stronę pozostałych klientów. Słyszałam ich śmiech, kiedy drzwi zamykały się za mną i tatą.

– To tylko psy. Nie płacz. Nie bądź babą – co roku mówił to samo. Brał taśmę klejącą i okręcał przezroczyste paski wokół puchatych kulek. Żadna z moich sióstr nie dowiedziała się, jak szły do nieba małe naszej suki. Chciał, żebym mu pomagała. Nasze igrzyska ze stawem zamiast Koloseum. Tata był wybornym cesarzem. Ja mierną, nieklaszczącą publicznością. Nie chciałam nawet myśleć, ile trupów wypełnia dno. Wyobrażałam sobie, że może tam pod wodą zamieniają się w ryby. Ryby z sierścią.

Matka krzywiła się na mój widok i z przerażeniem słuchała dziecięcych wulgaryzmów. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek mnie przytuliła. Może raz. Wtedy z resztą dostała w twarz od ojca.

– Chłopcy nie muszą być tak często przytulani. A już z całą pewnością nie on – wyrzucił szybko z siebie.

W barze naprzeciw kościoła wszyscy wiedzieli, że wchodzę jedynie do męskich toalet i po czasie większe zdziwienie wzbudzało to, że nie mogłam stanąć przed pisuarem. Nie tylko ze względu na wzrost. Przez kilka dobrych lat bawiłam się we wbijanie gwoździ, spijanie pianki z piwa i naukę zbereźnych piosenek. Ubrana w spodnie na co dzień i od święta, z umorusaną buzią byłam jednym z największych dziwolągów. Razem z ojcem.

Nie będę oryginalna, ale też prawda zazwyczaj taka nie jest: w miasteczku pojawiła się kurwa. Nie była ani specjalnie ładna, ani wulgarna. Miała urodę psa. Starego, poczciwego kundla, któremu można nagadać w chwili złości i wyżalić się upuszczając cały ciężar z serca. To dlatego w starym wynajętym domku nigdy nie ubywało klientów. Panowie i panie, każdy w kolejce, ulicami i według alfabetu przychodzili do niej. Tam, gdzie ulice krzyżują się w niewielu miejscach i wybudowano tylko jeden kościół, melancholia i agresja rodzą się z siła dwa razy większą i nie mają możliwości, żeby wypłynąć z ludzi. Miejscowy Pies jest potrzebny.

Kiedy poszliśmy do dziwki z ojcem? Nie wiem. Może miałam siedem, osiem lat. Siedziałam na czereśni w ogrodzie za domem. Jadłam drożdżowe ciasto, które dali mi, żebym się nie nudziła i nie przeszkadzała. Zasnęłam i to dziwka, nie tato, ściągnęła mnie z drzewa. Położyła mnie do łóżka z zarwanymi sprężynami. W poduszkach czaił się zapach, którego wtedy jeszcze nie znałam.

Obudziłam się przed świtem i zanurzyłam ogoloną głowę w szafę pełną sukienek. Pierwszy raz dotykałam tkanin tak lśniących i kolorowych, miękko układających się na dłoni. Na bose stopy ubrałam dwa razy za duże buty na obcasach. Usiadłam na drewnianej podłodze i przyglądałam się rosnącemu brzuchowi naszego miasteczkowego Psa.

– Kto tam rośnie?

– Jaśko. Tam w środku rośnie i porusza się Jaśko – odpowiedziała mi niepewnym głosem.

– To chłopiec? Ja też jestem chłopcem.

– Tak. Jesteś chłopcem na wysokich obcasach.

Mogłabym przysiąc, że na kobiecym, obleczonym w tłuszcz, ciele dziwki chwiała się głowa naszej suki wiecznie przywiązanej do budy, brutalnie pozbawianej czci przez psy, a później szczeniąt przez mojego ojca. Pomiędzy długimi włosami kurwy, związanymi w warkocz, wystawały opuszczone w dół, mięsiste, grube uszy. Szybko uciekłam z tego domu. Położyłam się w swoim pokoju i nie opowiadałam nikomu o tamtym dziwnym poranku.

Czekałam na narodziny Jaśka.

– Jeśli go nie utopią po urodzeniu, zostanie miasteczkowym głupkiem, na którego widok ludzie będą kręcić palcami wokół czoła – pomyślałam. Był w końcu synem kurwy. Kto był ojcem? Nikt nie wiedział. Może każdy, kto chociaż przez chwilę się z nią szlajał? Swój do swego ciągnie. Idiota i dziewczynka, która została chłopcem. Pani Pies, jak do niej mówiłam, pozwalała mi dotykać brzucha, później pachnącego jeszcze krwią
małego Jaśka. Usypiałam go tak, jak robił to ze mną ojciec. Brum. Brum. I byłam w tym zupełnie niezastąpiona. Ciągle jestem.

Nie musiałam się nawet wymykać z domu. Matka wolała mnie nie zauważać. Ojciec, nie bez bólu, przyznał przewagę naturze. Kiedy pierwszy raz zaczęłam krwawić, rozłożył ręce i poszedł pić.

– Chyba już przestałaś być chłopcem – stwierdziła Pani Pies nalewając mi zupy do miseczki.

– Nie, nigdy nie przestanę. Tak, jak ty na zawsze zostaniesz Kundlem w naszym miasteczku, a Jaśko idiotą. Mogę zacząć mówić, jak kobieta. Mogę założyć twoją sukienkę, ale to nic nie zmieni. Oni będą pamiętać. Takie z nas kolorowe wstążeczki, które ubarwiają ten świat.

KLAUDIA KACZMAREK

Lustro

Marzec 29, 2010 3 komentarze

1

Niebo stukało o ulice wysokimi obcasami kropel. Zdążyłem jeszcze wbiec po schodach katedry katowickiej, nim wartko puścił się po nich mętny wodospad, spłukujący do kanału pozostawiony tu proch z sandałów wiernych. Stanąłem tak u szczytu, twarzą w kierunku miasta. Asfaltowe chmury tłoczyły się nad zabudowaniami, wgniatając je w ziemię. Ta tonęła w szarej powodzi i emanowała fetorem spod ulic. Czterokołowce cumowały nieopodal. Z nich, zdało się, wyskakują marynarze w czarnych płaszczach. Klną ‘do kroćset’, nie ukrywając tego wcale, przy czym tarczą parasoli powstrzymują napór deszczowych fal, a bocianimi krokami próbują obejść oczodoły kałuż i jęzory ścieków. Biegną śmiesznie żwawo wodospadem schodów, przytrzymując pod pachą niedbale ciemne wiązanki kwiatów.

Nie było sensu stać tu dłużej, będąc narażonym na deszcz i chłód, tudzież na stratowanie przez biegnących opętańczo pod prąd żałobników. Przekroczyłem bramę świątyni – w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – zrazu celując gdzieś głębiej w środkowe rzędy, aby anonimowy zginąć w tłumie. Przyszedłem wcześniej, aby bezpiecznie schronić się w wygodnym kącie ławki. Klękam. Składam ręce jak do modlitwy, choć nie pamiętam już za dobrze jak to się robiło. Nie jestem też pewien, czy teraz chcę rozmawiać z Bogiem. Pragnę raczej pomyśleć w spokoju. Wyciszyć się. Póki co katedra okazała się idealnym ku temu miejscem, swoją triumfującą przestrzenią pochłaniając wszelkie szepty już przybyłych.

Stopniowo ludzi przybywało i niebawem wypełnili już wszystkie miejsca siedzące, poczym zaczęli ustawiać się w tyle i po bokach. A z każdym nowym głosem wniesionym do świątyni cisza zdawała się bardziej pęcznieć, aż w końcu pękła i nagle w uszach zaszumiały szepty tysięcy gardeł i szelest tysięcy poruszeń. Zamiast kojącego wyciszenia w świątyni swoich myśli, kląłem w duchu czekając czy może kiedyś się to skończy. Aż wreszcie wszystkie te języki uciął piorunujący śpiew organów, który rozwinął się jak czerwony dywan od wejścia po ołtarz. Potem do kościoła wniesiono trumnę.

Oto jestem na pogrzebie człowieka, którego powszechnie uznawano za wielkiego, choć nie wielu z tu obecnych wie, jakim naprawdę był skurwysynem. Msza w katedrze katowickiej zamknie pokręconą i wyboistą księgę jego życia. Nareszcie mam odrobinę intymności w głowie. Rozglądam się wokół. Kościół to odpowiednie miejsce dla początku opowieści. Tu przez wodę wszystko się zaczyna dla każdego katolika. Widzę – ksiądz w sutannie przy ołtarzu, słyszę – na zewnątrz leje jak z cebra. Można chyba powiedzieć, że wszystko co potrzebne jest na swoim miejscu.

2

Jeszcze kilka miesięcy temu nic nie było tak, jak być powinno, choć przyznam szczerze, że sam tego nie dostrzegałem albo dostrzec po prostu nie chciałem. Barwny świat zataczał wokół mnie kręgi z taką prędkością, że nie potrafiłem zaspokoić głodnych zmysłów pojedynczym doznaniem, ale właśnie z tych strzępków emocji rozpraszających moją uwagę i wybijających w beztroski stan nieważkości, stworzyłem zjawiskowy collage – nierealne wyobrażenie rzeczywistości, które naiwnie uznałem w myśli niczym dzieciuch. Z rozdziawioną gębą wyciągnąłem rękę, by uchwycić kwiat jednej nocy, rojąc sobie przy tym, że dzięki ulotnemu pięknu pozyskam dla siebie wieczne szczęście. I skoczyłem – skoczyłem w tan! Raz rozpoczęty bachiczny taniec zaczął trwać, nie mogąc się skończyć. A ja uwięziony w jednej z łupinek diabelskiego młyna, windującego mnie coraz wyżej i wyżej, wykrzywiałem wargi w nie-do-śmieszki i półuśmieszki do czekających na dole maleńkich ludzików, którzy nie mieli tyle szczęścia, by wzlecieć, a jednak trwali bezpiecznie uziemieni, wolni od troski usilnie spychanej przeze mnie w czeluść nieświadomości, że gdy śruba pęknie, cała konstrukcja wraz ze mną runie w dół, gruchocząc kości i miażdżąc czaszkę.

Niewiele myśląc o konsekwencjach, zbliżyłem się do towarzystwa lubiącego ciasne, zadymione pomieszczenia, obowiązkowo z lodówką wypełnioną po brzegi napojami zawierającymi odpowiednią ilość procent bajkowego elementu. Ledwo rozpoznawałem twarze tych nowiusieńkich przyjaciół, ale tutaj nikt nie pytał o tożsamość. Jeżeli tylko gospodarz wpuszczał mnie na salony, byłem tak samo swój i obcy jednocześnie, jak sąsiad po mojej prawej. Wówczas wszyscy przybierali tę ciężką postawę grzecznej asekuracji, skracając dystans jakby znali mnie od kołyski, a jednocześnie nie spuszczając ze mnie natrętnego oka. Początkowo ogarniał mnie rodzaj lęku, poczucie nieprzystawania do tych postaci, miejsc – zupełnie jakbym był protezą sztucznie doczepioną do ciała. Dopiero z czasem wrastałem coraz głębiej, aż o mojej nowości zapomnieli otaczający mnie znajomi oraz ja sam porzuciłem dręczące mnie wątpliwości i opory. Podchodziłem do któregoś nowopoznanego kolesia, kładłem mu dłoń na ramieniu i przypominałem mu, jak to będąc małymi dziećmi wybiliśmy szybę w oknie sąsiadów, a on zwracając się do mnie per „stary, kurwa!”, bo imienia nie spamiętał, śmiał się z miny nigdy niewidzianej sąsiadki, zupełnie jakby dopiero co wystawiła głowę przez pozbawioną szyby ramę. Śmialiśmy się w niebogłosy nucąc w myśli refren piosenki Stachury: „Używajmy póki czas, bo za 100 lat…!”. Tymczasem na arenie zegara wskazówki goniły nieubłaganie niepowtarzalne minuty i godziny, aby dopaść w końcu i długim ramieniem niczym mieczem ściąć im głowy ku taniej uciesze tłumu dekadentów znudzonych widowiskiem.

Przychodziłem coraz częściej czy to do akademika, czy mieszkanka któregoś z kolegów piąta woda po kąpieli, wabiony w piruety hipnotycznego pląsu. Bawiąc się bez pamięci, zupełnie przypadkiem poczyniłem zaskakujące odkrycie dzięki znajomemu Chemikowi, którego swego czasu pociągnąłem za sobą na parkiet zdarzeń. Ten ścigany poczuciem wdzięczności na jednej z akademikowych libacji, podszedł do mnie tym swoim naturalnie chwiejnym i niepewnym krokiem, przygarbiony, z lekko spuszczoną głową i chaotycznie rozbieganym w cieniu wysokiego czoła wzrokiem, aby dyskretnie acz znacząco uszczypnąć mnie w bok. Odeszliśmy na stronę. Tam zauważyłem, że Chemik jest czymś wyraźnie podenerwowany. Jego wątłe ciałko skurczyło się do tego stopnia, że nawet bladobłękitna, wyraźnie za mała marynarka zakupiona w okolicach pierwszej komunii, w którą wciskał się przy każdej okazji, od kiedy pierwszy raz w życiu obejrzał Ojca Chrzestnego, zdawała się na nim wisieć, mimo że zwykle ledwo dopinał ją na jeden guzik. Skłoniłem ucho ku jego skutym opryszczką, nieobecnym wargom, z których dobył się stłumiony szept, przypominający barwą uruchamiany silnik samochodowy.

– Stary, kurwa, mam dla nas coś zajebistego. – oznajmił, przy czym z prawej kieszeni marynarki wyjął garść grzybków-halucynków, na których widok jego wyhodowany pod nosem meszek, który od kilku dni skutecznie unikał ostrza żyletki, rozciągnął się na całą szerokość twarzy. Następnie ściszył głos jeszcze bardziej upodabniając dalsze słowa do sekwencji szmerów. – Zanim weźmiesz grzybki, pogryź jeszcze to – na co z butoniery wyłuskał białą pigułkę.

– Co to takiego? – zapytałem niepewnie.

– IMAO – usłyszałem głos przepełniony nutą najgłębszej tajemnicy i pobrzękującego gdzieś w tle ostrzeżenia – coś w stylu: „jeśli komuś o tym wspomnisz, będę musiał cię zabić”. – To enzym – inhibitor monoaminooksydazy, działa tak, że ściąga z żołądeczka wszelkie blokady, które niwelują działanie grzybków. Dzięki tej niepozornej tableteczce grzybki siekną cię z całą siłą!

Nie miałem pojęcia o działaniu grzybów, a już na pewno nie mogłem sobie wyobrazić reakcji na jakąś tabletkę o dziwnie długiej i niezrozumiałej nazwie, w dodatku serwowaną mi przez gościa, który zdawał się podejrzany od dającego się zobaczyć w dziurawym bucie dużego palca, po zaplątany u czubka głowy kołtun… Ale ezoteryka narkotycznych wizji kusiła swą bliskością. Pociągała tym bardziej, im mniej pozostało we mnie trzeźwej asertywności, przemienionej w bezpostaciową papkę przez alkohol i marihuanę, rozbudzających z kolei chęć percepcji pięknego, bożego świata w umyśle.

Czym prędzej pogryzłem pigułkę, a następnie pochłonąłem swoją część grzybków. Chemik wziął podwójną dawkę narkotyku, deklarując, że robił to już wcześniej i pragnie wzmocnić efekt.

– Kiedy zacznie działać? – zapytałem, dopiero w tym momencie zdając sobie sprawę, że przecież coś się stanie, a tajemnica choć nadal nęcąca, przybrała jednak gorzki posmak niepokoju.

– Spokojnie… – sparował moje pytanie Chemik, a na jego twarzy zagościł zgoła inny wyraz niż dotychczas. Także ton jego głosu w jednej chwili uległ diametralnej zmianie – stał się głębszy, pewniejszy. Wraz z pozbyciem się niedozwolonych specyfików, zniknął cały lęk i podejrzliwość względem świata, bo teraz stopniowo mieliśmy wkraczać w zgoła inną rzeczywistość, zobojętniałą na przyziemne rozterki. Chemik był tu u siebie, ja natomiast zapuszczałem się w nieodgadnione przestrzenie, które, miałem wrażenie, będę musiał na bieżąco oswajać, aby uchronić się przed szaleństwem.

W trakcie kolejnych rozwlekłych minut oczekiwania organizm powoli zapadał się w rodzaj schizofrenii. Pulsowanie w skroniach. Arytmia serca. Rozszerzone źrenice. Obraz roztrzęsiony jak na monitorze odświeżanym z niską częstotliwością. Nade wszystko jednak narastające poczucie niepewności, strachu i ten wracający jak czkawka wyrzut przeciwko samemu sobie. Przeczucie, że dzieje się ze mną coś złego, gdyż to, co dotąd uważałem za właściwy stan samopoczucia, ulegało gwałtownym zmianom, nad którymi nie miałem kontroli.

Było mi coraz bardziej duszno, z coraz większym wysiłkiem łapałem powietrze, a ciałem wstrząsał zimny dreszcz. Nie mogłem już dłużej wysiedzieć i opanowany nagłą potrzebą znalezienia się na świeżym powietrzu, poderwałem się z miejsca, wziąłem Chemika za frak i z klaustrofobiczną bojaźnią opuściłem pomieszczenie. Mieliśmy szczęście, gdyż w najbliższym sąsiedztwie akademików rozciąga się las oraz niezagospodarowane przestrzenie. Rozchodząc się poplątanym labiryntem osamotnionych dróg i ścieżek, mogliśmy mieć pewność, że jedynym świadkiem naszych poczynań pozostanie przyczajony za wędrującymi chmurami księżyc.

Krocząc błotnistym szlakiem wyznaczanym przez Chemika, potykałem się co rusz o wykonujące węże ruchy korzenie drzew, to znów grzęzłem w którejś z niepostrzeżonych leśnych pułapek.

– Zdałoby się trochę więcej światła – mruknąłem.

– Przysuń sobie księżyc! – burknął z politowaniem idący przede mną kolega, jakby tłumaczył dziecku do czego służą widelec i nóż.

Spojrzałem w przewalającą się po niebie chmurną gęstwinę, która zakrywała srebrną latarnię. W jednym miejscu chmury zdawały się przerzedzone bladym, stłumionym światłem. Wyciągnąłem rękę w kierunku tego przebłysku i dłonią odsłoniłem księżyc, a następnie biorąc go w dwa palce, przysunąłem ku sobie, osadzając tuż nad koronami drzew. Zapanowała niemalże całkowita, chłodna jasność. Pastelowe kolory migotały przed oczyma.

– Patrz na drzewa! – polecił Chemik.

Nagle, bez ostrzeżenia, drzewa zaczęły dwoić się i troić, a następnie rosnąć. Ze swych koron, ogołoconych po zimowej porze, utworzyły sklepienia żebrowe, z których w kolejnej sekundzie wystrzeliły długie, fantazyjnie poplątane łodygi, na których natychmiast pękały radosne białe i różowe pąki kwiatów, zwracając się twarzą ku zamkniętej we wnętrz tego dziwnego pomieszczenia lśniącej kuli dyskotekowej.

– Niewiarygodne! – krzyknąłem, wreszcie dobywszy słów – Drzewa urosły do rozmiarów sekwoi i zamknęły się nam nad głowami… A, a, a potem trawa… kwiatki… rozlały się na tym wszystkim!

– Taa. – z naturalnym dla koneserów znawstwem zgodził się Chemik, a po chwili dodał pogrążony w dziwnej kontemplacji – Słyszysz ten śpiew ptaszków?

Na to pytanie pochwyciłem uchem zwariowane trele ptaków, płynące spośród gęstej ciszy.

– Niesamowicie tu… – skwitowałem z podziwem i uwielbieniem, pozwalając nareszcie, aby ogarnęło mnie rześkie poczucie nieważkości.

Przez jakiś czas spacerowaliśmy między drzewami nie rozmawiając wcale. Ochoczo podbiegaliśmy do wszystkiego, co wzbudziło nasze zainteresowanie, aby dogłębnie to zbadać i poznać z nowej perspektywy. Zaglądałem przez okna kałuż w podziemne tunele, żeby sprawdzić jak na gwałtowne przebudzenie wiosny zareagowały leniwe krety. Pod korą drzew śledziłem ruch korników, dowolnie regulując ich wygląd i wielkość. Chemik natomiast z wygrzebanej pośród leśnej ściółki gałęzi uczynił maczugę, którą następnie łupał w konary drzew, a te zrzucały mu z góry różne owoce – od bananów po kokosy. Z tych ostatnich niewiele mieliśmy pożytku, bo nie bardzo było nam wiadomo jak dobrać się do mlecznego wnętrza.

– Twarde te kokosy jak kamyki! – zirytował się mój towarzysz i z furią cisnął takim kokosem za siebie. Ten gruchnął o ziemię, a ta w momencie zatrzęsła się złowieszczo. Po chwili z sufitu zaczęły się zwalać potężne głazy wprost na nasze głowy.

– W nogi! – wrzeszczę i zaczynam biec.

Chemik wcale nie czekał na moją komendę i już na starcie wyprzedza mnie o pięć długości. Tymczasem kamienie toczą się za nami z hukiem, chcąc najwyraźniej wprasować nas w podłoże. Z każdym moim krokiem one zdają się czynić dwa, będąc coraz bliżej i bliżej, niemalże łechtając mnie w pięty. Sytuacja wydaje mi się beznadziejna i zamykam nawet oczy, aby nie musieć oglądać swoich wnętrzności rozwleczonych po leśnej dróżce, gdy nagle słyszę jak przewodzący temu choremu wyścigowi kompan rzuca ku mnie:

– Widzę drzwi!

Otwieram oczy i rzeczywiście są tam! Nie bardzo nurtuje mnie skąd się one wzięły, ani gdzie prowadzą, błagam tylko w duchu, aby jak najszybciej znaleźć się za ich progiem. Chemik czeka już po drugiej stronie, zachęcając mnie bym przyśpieszył na ostatnich metrach. Robię co tylko w mojej mocy. Jeszcze raz, dwa, trzy – wybijam się w powietrze. Frunę ku bezpiecznej przestrzeni, miotając równie zapamiętale co chaotycznie kompletem kończyn. Jak skoczek w dal bijący rekord świata, osiągam swój cel, przeleciawszy nad bezpieczną granicą progu.

Niestety lądowanie okazało się niezbyt fortunne. Lekko ogłuszony, przykładając dłoń do czoła, na którego środku wyrósł pulsujący guz, spróbowałem przyjąć postawę stojącą. Rozejrzałem się… Nie do wiary! Znów znaleźliśmy się w akademiku. Przez mgławe od dymu powietrze prześwitywały niewyraźne sylwetki zapatrzonych w nieprzytomność ziomków, zajmujących nieliczne kawałki wolnej przestrzeni pokoju. Amator grzybów minął mnie, trącając barkiem i zajął miejsce na wolnej kanapce, skąd wcześniej najwyraźniej spłynęli dwaj chłopacy, których przypominające lane ciasto ciała wyścielały podłogę. Usiadłem obok Chemika. Spojrzałem na niego z niejakim obrzydzeniem, ale mimo wszystko starałem się zignorować, że cały mieni się na żółto, a na głowie straszą dwa złote rogi.

– Co teraz robimy? – pytam zdezorientowany. Pewny, że dziś już raczej nic nie otrze się o pojęcie „dziwności” w moim pojmowaniu tego słowa.

– Odpręż się! – z nutką rdzy wycedził kumpel, a oczka pozbawione tęczówki za sprawą ekspansywnej polityki gruntowej źrenicy, w swym spotęgowanym rozbieganiu przełączały się już na inny kanał.

Krótki postój na stacji „Względna Normalność” w Mózgu, zakończył konduktor trzaskający drzwiczkami pociągu bylejakiego, po uprzednim odgwizdaniu jak należy i podniesieniu okrzyku: „Odjazd! Wsiadać, wsiadać – drzwi zamykać”. Koła powoli zaczęły nabierać tępa na szynach wyobraźni, tocząc wśród stuków potężną machinę do bylekąd. Mimo że znajdowaliśmy się z Chemikiem w jednym przedziale, każdy z osobna wybierał trasę. On piejąc najczystszym sopranem wykrzykiwał: „Dziwki! Dziwki!” pieszcząc się jednocześnie brzmieniem swych słów, zdradzał mi swe najbardziej tajone fantazje seksualne, których próżno by szukać na kartach najobszerniejszego wydania Kamasutry. Tymczasem ja, dzieląc swoją uwagę pomiędzy jego wyznania, a moje doznania, zaaferowany własną dłonią śledziłem linie jej zmarszczek, wgłębień i wypukłości, zastanawiając się jednocześnie i bardzo się temu dziwiąc, dlaczego dotąd, przez dwadzieścia lat swojego życia, nie poświęciłem ani minuty na podziwianie manualnie uzdolnionej końcówki mojego ciała. A ona taka piękna, doskonała, tak niepojęcie podzielona w swej jedności, tak obca i nieznana, choć integralna ze mną. Także resztę członków oblałem spojrzeniem pełnym zainteresowania i fascynacji czysto ojcowskich odkrywając, że całe ciało dzierżawione od lat, pozostaje równie niezbadane niczym odległe kontynenty na drugim końcu świata przed narodzinami Kolumba. Tymi i wieloma innymi rozważaniami, w równie podniosłym tonie zajmowałem umysł przez kolejne godziny, podczas których halucynacje przemijały bez pośpiechu, stopniowo ustępując miejsca wypełniającemu mnie uczuciu miłości do Boga i Jego sześciodniowej kompozycji.

Od tamtej pory, kiedy tylko mogłem, zrywałem ze świadomością, pociągany perspektywą nieskomplikowanej przyjemności. Cóż tak nieznośnego znajdywałem w sobie, aby nie potrafić z tym wytrzymać, aby nie móc tego znieść? Może czegoś mi brakowało? Elementu do kompletu osobowości, którego poszukiwałem w kolorowych krainach na pograniczu snu i jawy. Mierziły mnie niezagospodarowane przestrzenie od świtu do zmierzchu i coraz mocniej zaciskałem powieki, aż na czarnej tapecie pojawiały się drżące plamy niedookreślonych kształtów, a z kącików oczu pociekły łzy. Przedłużyć noc! Kiedy długie cienie rzeczywistości kładą się na bruku i mieszają z sobą, niepodobne kompletnie do niczego, albo właśnie będące wszystkim jednocześnie. Wśród tych cieni – ja – wolny od konkretów rzeczywistości, ulotny niczym mgnienie wycinek ze spisu ludności, próbujący sobie znaleźć miejsce, w którymś dość przestronnym wieku.

Stopniowo oswajałem dla siebie coraz więcej tej utopijnej przestrzeni. Ucieczką w różne stany nieprzytomności wyzwalałem się od drażniących monotonią realiów szarych dni. Po pierwszym, jeszcze siłą rozpędu zdanym semestrze na filologii polskiej, w drugim zdawało się, iż uczelnia nie raczy przedłużyć kontraktu z niebyłym figurantem list obecności na zajęciach. Dawni przyjaciele z początku przejęci troską o nagłą zmianę w moim sposobie egzystowania, z czasem dawali za wygraną, nie prawiąc już moralizatorskich gadek, nawołujących do większej dbałości o zdrowie, rodzinę, przyjaźń. Kontakty rwały się jak trawione płomieniem mosty, a te nowo zawarte przypominały raczej cienkie liny, rozciągnięte nad przepaścią. Dom zacząłem traktować jak obskurny hotel przy autostradzie, w którym zatrzymywałem się na chwilę aby przespać się, umyć , przebrać i wrzucić coś na ruszt przed dalszą podróżą.

Rodzice zastosowali szereg metod wychowawczych, wyuczonych na bazie popularnych seriali telewizyjnych: rozmawiali, krzyczeli, potem znowu próbowali tłumaczyć na spokojnie, a nie widząc efektów wracali do wrzasków i gróźb pod moim adresem. Ostatecznie, najwyraźniej nie widząc żadnej innej możliwości, postanowili zmienić mój adres zamieszkania w trybie natychmiastowym.

Gdy w połowie maja wróciłem nad ranem do domu, po kilkudniowej w nim nieobecności, klucz żadną siłą nie dał się wepchnąć do zamka. „Jakże to tak?! Mój dom zamknięty przede mną?! Mój azyl. Pokój, w którym przechowuję wszystkie swoje rzeczy od ubrań po książki – wszystkie skarby, pamiątki i prezenty otrzymane dotąd. Skandal!” – pomyślałem i byłem dość bezczelny, aby w zrodzonej we mnie furii wgniatać w ścianę guzik domowego dzwonka, z częstotliwością ruchu skrzydeł trzmiela. Aż otworzyli mi drzwi po to tylko, aby podać torbę z paroma (ich zdaniem) najpotrzebniejszymi rzeczami.

– Wynoś się! Won! Won! Pókim dobry… – warczał ojciec niby wściekły, a jednak wzrokiem uparcie unikał mojego spojrzenia, jakby wstydząc się własnych słów.

– A żebyś wiedział, że moja noga więcej tu nie postanie! – brnąłem w zaparte, traktując zaistniałą sytuację jak kolejną potyczkę słowną, podobną do wcześniejszych, z których wyszedłem przecież obronną ręką. Z butą bazującą na pewności, że ostatecznie zostanę do domu wpuszczony, awanturowałem się chwilę nie przebierając w słowach, aż w pewnym momencie przez ledwo uchylone drzwi, za plecami ojca, zauważyłem płaczącą matkę i w nagłym olśnieniu zrozumiałem, że sytuacja jest wyjątkowa. Nie wierząc do końca w konsekwencje, jakie się na mnie egzekwuje, włożyłem but między drzwi a framugę i postanowiłem przystąpić do negocjacji, ale na poczekaniu nie potrafiłem znaleźć argumentów, mogących wpłynąć na decyzję rodziców. Bardziej zdziwiony niż z wyrzutem, palnąłem tylko, by dali mi jakieś pieniądze na nocleg.

– Gówno dostaniesz! Mało wyłudziłeś na wódę i prochy?! Teraz zabieraj się i radź sobie sam! – na co dotkliwym kopniakiem pozbył się klina mojej stopy spomiędzy szczeliny drzwi i zatrzasnął mi je przed nosem.

Chciałem podnieść lament pod domem tak, żeby zaalarmować wszystkich sąsiadów, że oto dzieje się mi straszliwa krzywda. Oto człowiek! Zawstydzeni rodzice, pragnący uniknąć ukrzyżowania ich w opinii sąsiadów, jak mniemam, bez wahania zmieniliby zdanie, błagając mnie bym natychmiast uciął zawodzenie i wlazł do środka. W kolejnej sekundzie lotem strzały przemknęła mi myśl, aby znaleźć ciężki kamień i użyć go w formie niekonwencjonalnego klucza do okien. Zanim zdecydowałem się na jeden z tych, bądź zupełnie inny radykalny krok, zaświtało mi w głowie, że jako dorosły, dojrzały mężczyzna nie będę przecież prosił się dwojga starych dziadów o łaskę i że sam świetnie sobie poradzę, bo nie potrzebuję nikogo, absolutnie n i k o g o do szczęścia! Z takim przekonaniem odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku lasu, aby tam pośród gęstwiny, na prześcieradle pachnącej leśnej ściółki, złożyć na chwileczkę głowę, a potem z jaśniejszym nieco umysłem podjąć wiążące decyzje.

Ta planowana chwileczka okazała się wielgachną chwilą, rozłożystą jak kwitnące korony drzew, w których cieniu się schroniłem. Przebudziłem się wśród krzaków, a gdy z trawiastej kępy uniosłem nieco czaszkę, uczułem w niej bolesne wspomnienie ostatnich dni spędzonych poza domem. Pozostałe członki również postanowiły wyrazić zbiorowy protest i wysunęły postulat znalezienia czym prędzej wygodniejszego łoża. Słońce wspięło się już wysoko i wszystko wskazywało na to, że jest już w drodze powrotnej na przeciwległą półkulę. Problem znalezienia odpowiedniego lokum stał się palący i wymagał natychmiastowego rozstrzygnięcia, podczas gdy kreatywne myślenie okazało się dziedziną sztuki będącą poza moim zasięgiem. Nim więc z mozołem skupiłem uwagę próbując dojść do jakiś wniosków, minęło trochę czasu i słońce stało już w progu, odwróciwszy ode mnie krwawiącą łysinę. Sytuacja była nagląca, a lista możliwych miejsc noclegowych zdawała się skończona.

W normalnych okolicznościach udałbym się na akademiki, ale byłem spłukany i dopiero co odcięty od jedynego źródła dochodów. Ten sam problem pojawiał się w kontekście stancji któregoś ze znajomych. Chłopaki ledwo wiążą koniec z końcem, trudno więc wymagać żeby nocowali mnie i karmili za „Bóg zapłać”. Zresztą pomimo gigantycznego kaca próbowałem być realistą i myśleć rozsądnie, chociaż nie cechowało mnie to w ostatnich miesiącach. Teraz na powrót rozbudzony, powołany do działania po tak długim okresie hibernacji rozsądek, obudził się gdzieś tam w czeluściach świadomości, ziewnął szeroko i w szlafmycy, z karbidką w dłoni podszedł do granicy czaszki i zapukał mówiąc jedno: „Nic nie zmienić – to samobójstwo”. O, tak! Powrotu do studenckiej beztroski już nie było. Nadszedł czas na zmiany. Zacząłem rewidować swoje znajomości pod kątem pomocy, na którą liczyłem.

Na Przedmieściu nie posiadałem znajomych, którzy mieli własne mieszkanie lub dom. W większości mieszkali z rodzicami, wśród których byłem popularny mniej więcej tak samo jak dżuma, gdyż dawni przyjaciele, których znałem od czasów podstawówki, dzielili się na tych, których pociągnąłem za sobą w alkohol i inne używki oraz na takich, którzy odcięli się ode mnie, chcąc uniknąć podobnego losu. Dziewczyny nie posiadałem.

Przed oczyma wyobraźni przesuwały mi się portrety przyjaciół, z którymi wiązała się większa część mojego życia. Naraz zawahałem się. Była jedna osoba, do której mogłem pójść bez wstydu i lęku – mój przyjaciel Marek. Wciąż utrzymywaliśmy kontakt, choć już w szkole średniej  widywaliśmy się rzadko, gdyż obaj byliśmy dość zajęci swoimi sprawami. Ja uczyłem się pilnie, a w wolnych chwilach lubiłem się zabawić w lokalu przy muzyce, otoczony wianuszkiem cudownych kobiet. Markowi dojazd do szkoły wojskowej zajmował długie godziny. Natomiast w wolnym czasie chodził na siłownię, majstrował przy swoim wozie, albo spotykał się z dziewczyną. Nasze drogi rozeszły się, ale wciąż udawało się nam zdzwonić i wyskoczyć gdzieś razem. Na studiach nic się nie zmieniło. Mimo dynamicznego ponad normę trybu życia, zawsze wykrzesałem kilka godzin na spotkanie z przyjacielem. Tak jak inni zwracał uwagę na moją złą formę i liche zdrowie, ale kpił z tego od zawsze, stawiając moje wątłe ciałko w kontekście swoich napompowanych mięśni, wyhodowanych na bazie łatwo dostępnych trenerów w pigułce. To zwalniało mnie z nudnawych kazań z jego strony o zło wróżebnej ingerencji we własny organizm.

Nie mając wielkiego wyboru, nie zwlekałem ani chwili dłużej i udałem się do Marka. Zmierzając tam czułem się dziwnie na każdym kawałku ziemi, gdzie stawiałem stopę. Zrozumiałem w czym rzecz – byłem obcy, pozbawiony punktu odniesienia do rzeczywistości. Wokoło wszystko należało do kogoś, a ja posiadałem tylko to, co mieściło się w niewielkim tobołku, który bez trudu utrzymywałem w jednej ręce. Przystanąłem, aby zajrzeć do środka. Rodzice spakowali mi dwie koszulki, dwa komplety bielizny, spodnie i krótkie spodenki, ręcznik, szczoteczkę do zębów (w dodatku nie moją tylko matczyną, gdyż obie były tego samego koloru, a różniły się jedynie stopniem zużycia), pół szarego mydła, pęknięte lusterko, kawałek papieru toaletowego i złamany ołówek. Z bocznej kieszeni po lewej stronie wyciągnąłem drugie śniadanie, które zabrałem na czas podróży pamiętnych wakacji spędzonych nad morzem dwa lata temu. A może to były trzy lata?… Natomiast w mniejszej kieszonce po prawej stronie, ku mej wielkiej radości znalazłem zwinięte w rulonik sto złotych. Na powrót skompletowałem torbę, umieszczając wszystko tak jak było, z wyjątkiem odnalezionego śniadania, które ze smakiem skonsumowałem w trakcie trwania dalszej drogi.

Marek mieszkał wraz z ojcem nieopodal stacji kolejowej na Przedmieściu. Po śmierci żony przed kilkoma laty, ojciec Marka oddał się całkowicie swojej pracy, próbując w ten sposób znieczulić ból po utracie ukochanej osoby. Z domu wychodził wczesnym rankiem, wracał późnym wieczorem. Zarabiał dużo, wydawał mało, nie mając żadnych osobistych potrzeb. Każdy grosz oddawał synowi – jedynej pozostałej mu bliskiej osobie, aby przynajmniej jemu zrekompensować „błąd losu” – jak zwykł określać przedwczesną śmierć małżonki. Dzięki temu Markowi nigdy niczego nie zabrakło – mógł mieć wszystko o co upomniał się młodzieńczy kaprys.

Zastałem swojego przyjaciela na podjeździe, gdy kończył polerować karoserię swojego samochodu, która z polotem malarza-artysty igrała sennymi blaskami zachodzącego słońca. Gdy tylko Marek mnie zauważył, na oślep cisną ścierką i truchtem zbliżył się, żeby uścisnąć moją dłoń. W jego przekonaniu serdeczne męskie powitanie, odczułem jako nader gwałtowne spotkanie z imadłem, wydobywające z kości moich palców melodię zgrzytów i trzasków. Łezka napłynęła mi do oka, a policzki nadąłem, pragnąc stłumić niemęski pisk. Gdy pozostawałem na wdechu, Marek zaczął mówić podążając grubymi, męskimi tonami:

– Kogo widzę?! – gruchnął z ironią – Gdzie się podziewałeś? – zagadnął szczerze zainteresowany, a wyczekując odpowiedzi dostrzegł niewielki tobołek w moim ręku i niby to żartem, a jednak z niedającym się wytępić posmakiem obawy w głosie dodał, tracąc w momencie „szczere zainteresowanie” dla treści odpowiedzi stojącej mi już na końcu języka, niosącej wyjaśnienia dla poprzednich wątpliwości – Co to? Starsi wyrzucili cię z domu?!

Nie każdy przyjaciel pojawiający się w progu nasuwa na myśl przymusową wyprowadzkę z rodzinnego domu, ale w moim przypadku legenda syna marnotrawnego urosła już do tego stopnia, że gdybym trzymał w dłoni choćby sakiewkę, oznaczałoby to dla wielu moją bezdomność. W końcu całe Przedmieście szumiało od szeptanych pogłosek: „Przestał pojawiać się w kościele, nie wraca do domu, nie widać go na ulicach naszej miejscowości… Podobno pije na umór, a może też bierze narkotyki”… Każdy wiedział coś innego, ale zawsze jednak coś, a to wystarczało na wyrobienie sobie zdania na mój temat i wysuwanie nieomylnych przypuszczeń na tyczących się tego, jak skończę – w przytułku, w rynsztoku, w domu wariatów, w grobie. Pewnie i Marek swoje wiedział, stąd moja odpowiedź była czystą formalnością.

– Owszem – odparłem – wypierdolili mnie na zbity ryj.

Mówiąc to, starałem się oddać w słowach gwałtowność wydarzeń minionego poranka. Następnie – czekałem, uznając, że nie na miejscu byłoby przedstawić się już teraz jako Marka współlokator. Na tę noc. Kolejną. I jeszcze następną. Na niewiadomo ile gwieździstych nocy tu, pod jego dachem, jako pasożyt w ciepłym tyłku gospodarza.

– Poważnie?! – podskoczył obunóż – lewą zszokowany, prawą podniecony, jak paparazzi, który pierwszy zdobył pewną informację na sensacyjny temat. A gdy nie usłyszał zaprzeczenia, w ciszy znalazł potwierdzenie swych przypuszczeń. Zmarkotniał wyraźnie, ale koniec końców zachował się jak prawdziwy przyjaciel:

– Pożyczyć ci parę groszy na hotel? – zagadnął szczerze zatroskany, z nerwową gwałtownością nurkując dłonią po kieszeniach w poszukiwaniu wspomnianej sumy, a gdy nie znalazłszy niczego, wykonał ruch w kierunku wejścia, zatrzymałem go w półkroku.

– Myślałem raczej, że przygarniesz mnie na trochę. – wypaliłem otwarcie, widząc, że milczenie i maślane oczy nie służą mojej sprawie. Impet wypowiedzianych słów wyraźnie zachwiał jego równowagę  i sprawił, że niemal przysiadł na ziemi. Jedyne, co dostrzegłem w spojrzeniu przyjaciela to niedowierzanie, że chcę go przywdziać w habit Matki Teresy. Pomoc innym nie leżała w jego charakterze. Dlatego nigdy nie wstąpił do Wolontariatu, Czerwonego Krzyża, ani Greenpeace. Nawet jako dziecko nie przygarnął małego Tamagotchi, mając w nosie losy miniaturowego przyjaciela, któremu inne dzieciaki poświęcały cały swój czas i uczucie płynące z ich serduszek, kosztem nauki i kontaktu z rodzicami. Marek przyzwyczaił się do opieki ojca, natomiast sam chciał tylko leżeć po królewsku na puszystej poduszce wyszywanej złotą nicią w orientalne wzory, sącząc mleko i miód z przedziałka między piersiami ciemnoskórej niewolnicy. Tymczasem nadszedł barbarzyńca, pragnąc obrócić w perzynę ten idealnie poukładany świat.

– Jesteś jedyną osobą, której ufam, a której jeszcze nie spieprzyłem życia…

– I teraz chcesz to nadrobić?! – przerwał rumieniąc małżowinę uszną, w połowie zaaferowany i zawstydzony zarazem.

Kontynuowałem akcentując co istotniejsze, nie przejmując się zmiennością w ubarwieniu fizys rozmówcy:

– Jesteś jedynym Przyjacielem (pobladł), który mieszka praktycznie Sam (przeszedł ni to w siny, ni zielonkawy) we własnym Dużym Domu (oblał się purpurą). Znasz mnie i nigdy cię nie zawiodłem, choć może jesteś jedyną taką osobą na świecie. Pomyślałem, że pozwolisz mi się tu zahaczyć, aż czegoś nie wymyślę, aż nie pogodzę się z rodzicami?… Przynajmniej na Parę Dni (rozbłysnął czerwienią, jak siarkowa główka rozpalanej zapałki i gwałtownie puścił parę z uszu).

– Tymczasem ty będziesz sobie chlał i ćpał, a potem wracał do mnie jak do hotelu i rzygał w przedpokoju, a rano sobie coś wszamiesz i znowu spierdolisz na miasto, podczas gdy ja będę tylko po tobie sprzątał i uzupełniał lodówkę, tak?!

W duchu przyznałem, że zarysowany przez Marka układ odpowiadałby mi, ale też wiedziałem, że trzeba coś ze sobą zrobić. Niecodziennie wywalają cię z domu bez środków do życia. To daje do myślenia. Tym bardziej kiedy nie masz pracy, studiów, mieszkania, dziewczyny, ani przyjaciół, którym możesz zaufać. Kiedy nie masz czego się złapać, gdy będąc u samego szczytu, w diabelskim młynie pęknie śruba. Szczęśliwie pozostał mi Marek i wiedziałem, że nie mogę stracić i jego, chociaż ssało mnie w płucach jak jasna cholera, a w głowie niemiłosierny kac przystawiał mi rewolwer od wewnętrznej ściany czaszki i domagając się promili, opróżniał kolejne magazynki.

– Nie! Nie zrobię ci kłopotu! Uwierz na słowo… Nie życzę ci, żebyś musiał przejść to samo. Gdy wyjebią cię z domu – to daje do myślenia. Straciłem wszystko… Gdybym teraz się nie zatrzymał – przepadłbym, kumasz?! Totalnie! Jeszcze rok temu, można powiedzieć – piąłem się na szczyt. Miałem swoje plany i pomysł jak je zrealizować. Nagle w niespełna rok, w kilka miesięcy, wylądowałem na bruku, z pustką w głowie, bez planu. Ot, tak! – zademonstrowałem pstrykając palcami. – Wyobrażasz sobie jak to jest pozbyć się wszystkiego?! – starałem się nadać mojej wypowiedzi ton dramatyczny, ale nie przesadnie, aby uniknąć przyprawienia jej o niepożądaną w tym momencie ironię. Nie spuszczając z Marka wzroku, zakończyłem powoli akcentując słowa – Jeśli teraz mnie zostawisz, nie pomożesz, to już się nie pozbieram i nigdy nie naprawię tego co spieprzyłem.

Czy mówiłem z pełną świadomością i przekonaniem, czy raczej odegrałem swoją chwytającą za serce, drobną rólkę w egocentrycznym teatrze? Musiałem wymóc na Marku kawałek przestrzeni, która stałaby się moją, a z której mógłbym wyjść dalej na zewnątrz. To pierwsze przyszło mi do głowy i zdało mi się moim przeznaczeniem, a ja czasami wierzę w przeznaczenie. Wiedziałem, że zostanę w tym domu. Był to kolejny przystanek na mojej drodze. Czyż Marek mógłby się nie zgodzić?! Co prawda przez chwilę widać było, iż trawi moją prośbę i waży w sobie, ale już byłem pewny odpowiedzi. Może nawet zanim on sam się w niej utwierdził. Zanim zdał sobie sprawę, że ostatecznie zgodzi się, bo jest dobrym facetem, bo jest moim przyjacielem, bo nie mógł sobie wyobrazić jak to jest wypaść z centrum układu słonecznego, gdzie zawsze było się gwiazdą? Stąd nie czekając oczywistej zgody, którą pewnie chciał mi oświadczyć, lekko rozwierając usta, przystąpiłem dwa kroki ku niemu ściskając go i roniąc łzy w jego karczycho, dziękowałem:

– Oh, jesteś wspaniały! Doprawdy nie spodziewałem się, że mnie przyjmiesz. Prawdę mówiąc obawiałem się twojej odmowy, ale ty nie zostawiasz przyjaciela w potrzebie… Gdzie mam się rozpakować, na górze – w twoim pokoju?… Oh, zbyt jesteś łaskawy! Ja nie sprawię ci kłopotu… Mi wystarczy kawałek miejsca na dole w salonie. Wieczorami będziemy razem oglądać telewizję i jeść popcorn… Albo nie, nie chcę być dla ciebie ciężarem. Ja zadowolę się i piwnicą. O, jak ja lubię ciasne, słabo oświetlone pomieszczenia! Naprawdę! Uprzedzam cię, nim twoje wielkie serce nakaże ci się sprzeciwić, że decyzja moja nie podlega dyskusji – piwnica w zupełności mi wystarcza… No to co? Idę się rozpakować. Dziękuję, dziękuję raz jeszcze! – nim Marek zamknął rozdziawioną gębę, znajdowałem się już za progiem.

Miałem już jakiś azyl. Musiałem jeszcze tylko pomyśleć co dalej. Nim jednak wziąłem się za planowanie, najpierw odczekałem, aż w czaszce zabraknie naboi.

Należało nieco odczekać przed powrotem do rodzinnego gniazdka. Emocje potrzebują czasu na wyciszenie. Byłem też pewny, że zbyt wczesny powrót sprawi, że w moim postępowaniu nie zajdzie żadna zmiana. Nie wiedziałem wtedy jeszcze czy pragnę zatracać się nadal w dionizyjskim szale, czy może wolałbym wrócić do siebie takiego, jakim pamiętam się sprzed kilkunastu miesięcy, kiedy to ubogi w doświadczenia, głowę trzymałem wysoko ponad chmurami, zajęty marzeniami, które zdawały się realne. Dopiero w okresie studiów zerknąłem pod nogi – na mokradła, w których ugrzęzły mi łydki aż po kolana, uniemożliwiając swobodny marsz w kierunku miraży ustanowionych przez moją fantazję i młodzieńczy zapał. Mgliście roiłem sobie drogę trzecią, której szlaku jeszcze dokładnie określić nie potrafiłem.

Usiłując zasnąć w piwnicy, gdzie Marek miał domową siłownię, trzymając głowę między dwoma hantlami, z nogami skrzyżowanymi na gryfie sztangi, narodził się pomysł wzięcia życia za bary i w czasie tej mojej niedookreślonej sytuacji zadbania nieco o siebie samego, aby niezależnie od kierunku, w którym się zwrócę, móc kroczyć w lepszej formie. Ostatnie miesiące odbiły się na moim zdrowiu – blady jak kartka papieru, wychudzony tak, że chwiałem się na wietrze, z górnymi kończynami podrygującymi w epileptycznym rytmie. Dodatkowo cierpiałem na bezsenność, a jak już udawało mi się zmrużyć oko, to na tyle płytko, że zaraz nachodziły mnie nieproszone sny.

Oto Wielki Nikt zasiadł na swym tronie, trzymając butelkę zmrożonej wódeczki w ręce, a między dwoma palcami drugiej długiego, gęsto dymiącego papierosa. Nieobecnym ślepiem puszczał do mnie oko, zdając się dawać tym do zrozumienia, że może mi napełnić kielonek i dać bucha, a jeśli tylko zechcę, wyciągnie z kieszonki fraka „coś wyjątkowego”. Przed wysokim tronem inni wierni bili pokłony swemu władcy, a ja po ich grzbietach, jak po schodach, biegłem z wywieszonym jęzorem, aby skorzystać z oferty, ale gdy dobiegałem już na sam szczyt i wyciągałem rękę po kieliszek, a usta spinałem w dziób, żeby zaciągnąć się obficie nikotyną i substancjami smolistymi, zamykałem oczy i nim poczułem pożądany smak budziłem się spocony i obolały.

Z braku funduszy i resztkami przyzwoitości starałem się trzymać z dala od używek, co na początku wykręcało mnie jak ścierkę, po wcześniejszym wytarciu powierzchni jednego hektara posadzki. Zamiast tego, musząc czymś odwrócić uwagę własnego organizmu, biegałem mało uczęszczanymi uliczkami Przedmieścia nieraz padając na kolana i rwąc sobie włosy z głowy. Wykańczałem się, ale czasami nawet zmęczony nie potrafiłem zasnąć, a skronie paliły mnie i pluły potem. Mijały tygodnie i choć święty nie byłem, z dnia na dzień czułem się lepiej. Stopniowo zacząłem nawet pakować na siłowni. Coraz lepiej układało mi się też z Markiem, który nareszcie skończył mnie wyzywać i ciskać w moim kierunku naczyniami, gdy nieopacznie pokazałem mu się na oczy, a nawet zaczął ze mną normalnie rozmawiać. I tak znów nową sytuację zamknąłem w ścisłe normy, a dni stawały się coraz bardziej do siebie podobne. Nie zastanawiałem się co dalej i nie przypuszczałem, że niedalekie wydarzenia pchną moje życie na zupełnie nowe tory.

GRZEGORZ KSIĄŻEK

Pokój

Marzec 29, 2010 1 komentarz

Wpatrywał się w jej szczupłe plecy, gdy przez okno obserwowała otoczenie. Zupełnie tak jakby od jej ostatniej wizyty coś w tym poszarzałym miejskim krajobrazie miało szansę się zmienić. Jej ciemna sylwetka wyraźnie odcinała się od jasności bijącej przez szpary w popielatych żaluzjach. Mdłe światło tego pochmurnego dnia leniwie sączyło się do wnętrza pokoju. Nie rozjaśniało jednak panującego w nim półmroku, a jedynie pogłębiało cienie.

Cienie. Tak, to było dobre słowo. Wyglądała jak cień, ciemny kształt, posąg. To porównanie także całkiem nieźle oddawało charakter ich znajomości. Na tyle, że zdołał nawet wykrzywić wargi w czymś na kształt uśmiechu.

– Cóż cię tak bawi? – spytała, unosząc brwi. Nawet nie zauważył, kiedy się odwróciła.

– Nic. – Wzruszył ramionami. – Widzę, że się już rozgościłaś – stwierdził bez przekonania, sadowiąc się na brzegu wąskiego łóżka. Spod ciemnej kapy, która, rzucona niedbale przykrywała stalowoszarą pościel, wydobył niewielką poduszkę. Dla niej, jak zwykle.

– Ja już od dawna czuję się tu jak w domu – mruknęła, uśmiechając się ironicznie. Po raz setny przebiegła wzrokiem po tak dobrze znanym sobie pomieszczeniu. Łóżko, martwa nocna lampka. Biała tapeta, chłodne panele. Meble z czarnego drewna, metalu i szkła: szafa, stół. No i fotel, skórzany, też czarny. Na stole laptop i kilka kartek papieru. To wszystko. Mogłaby rysować to z pamięci i nie ominęłaby żadnego szczegółu.

– Tak, zauważyłem. Ostatnio zapominasz nawet o pukaniu – stwierdził ponuro, widząc, jak kąciki jej ust unoszą się jeszcze wyżej.

Nie lubił, gdy się uśmiechała. W tym przypadku bardziej naturalny wydawał się wyraz niechęci lub zamyślenia. Uśmiech wychodził jej groteskowo i nieładnie. Może to dlatego, że cała była jakaś taka… urzędniczo-uczniowska. Zawsze ciemna spódniczka i biała bluzka zapięta pod szyję. Włosy czarne, okulary. Nie obejrzałby się za nią na ulicy. Nie zaprosiłby jej na kawę.

I jeszcze ta czerwona szminka. Może nie znał się zbytnio na sprawach makijażu, ale miał niejasne wrażenie, że mogła dopasować lepszy kolor. W tym wyglądała, jakby właśnie wypiła szklankę krwi.

Po plecach przebiegły mu ciarki.

– Wybacz. Nie wiedziałam, że masz jakieś tajemnice – odparła z przekąsem, odwracając wzrok. I tak czuła, że się w nią wpatruje, jak zawsze, uporczywie i bez słowa. To tylko potęgowało jej irytację. Był dokładnie taki, jak ten pokój: linie poziome i pionowe, metal, skóra, szkło. Zawsze ogolony, w wyjściowych butach. Ciekawe, kto mu tak prasował koszule. I czemu, za każdym razem gdy się spotykali, zadawał to pytanie, choć odpowiedź nigdy się nie zmieniała:

– Napijesz się?

Jak zawsze, tak i tym razem pokręciła głową, a on wzruszył ramionami, chwytając butelkę. Ciche puknięcie, brzęk szkła, milczący toast. Zakrztusił się. Parę kropel czerwonego wina spłynęło mu po brodzie. Jak krew. Odrażające.

– Łapczywość cię zgubi – mruknęła, niby to żartobliwie. Zignorował ją, ocierając usta zaprasowaną chusteczką. Kobieta westchnęła, sięgając guzików żakietu. Nie mieli zbyt wiele czasu.

Okrycie zdejmowała powoli i trochę bezmyślnie, celebrując akt rozpinania każdego guzika niczym kolejne elementy religijnego obrzędu. Jednak czarna marynarka została rzucona na krzesło w sposób zupełnie niedbały i od razu ześlizgnęła się z oparcia, opadając rękawami na podłogę. Kobieta zignorowała ten fakt, przykucnąwszy na skraju łóżka. Powolnym ruchem odpięła dwa górne guziki bluzki, nawet nie zerkając w stronę patrzącego na nią posępnie mężczyzny. Zupełnie jak wtedy, na samym początku.

*

Żadne z nich nie pamiętało już dokładnie jak doszło do pierwszego spotkania i rozmowy, jak gdyby tamten dzień był granicą, przed którą w ich życiach nie było nic wartego odnotowania. Dopiero z mglistej strefy późniejszych wspomnień leniwie wyłaniały się zamazane wizje pochmurnego dnia i pokoju skąpanego w półmroku, którego nie było w stanie rozjaśnić nawet mdłe światło, sączące się przez niezasłonięte popielate żaluzje.

– Jest interes – powiedziała wtedy, ni stąd, ni zowąd. – Można naprawdę dużo zarobić.

Mężczyzna był zniesmaczony jej pewnością siebie i chłodną bezpośredniością jaką prezentowała. Ale, pomimo początkowego zamiaru zapobieżenia wiszącej w powietrzu tyradzie, słuchał. Nie mógł przecież jej zignorować.

– Wszystko opiera się na tym, że tak naprawdę istnieje życie po śmierci – mówiła, podczas gdy on prychał z lekceważeniem ale też, mimowolnie zaciekawiony, wpatrywał się w jej spokojną twarz. – Mówiąc najprościej jak się da: człowiek, gdy już umrze, idzie tam, gdzie jeszcze w czasie życia był przekonany, że się znajdzie.

Nie rozumiał z tego wiele, może nie chciał rozumieć. Posądził ją o przynależność do sekty, później o szaleństwo. Ale ona była pewna swego. Mówiła o materialnym ciele i nieśmiertelnym duchu, który trwa wiecznie. Że gdy zabraknie ciała, to co stanowi esencję człowieka stwarza iluzję dalszego bytowania.

– Życie po śmierci to coś jak wielki hotel z nieskończoną liczbą pokojów – mówiła niezrażona jego dezaprobatą. – Każdy ma tam swój i urządza go tak, jak ma na to ochotę, a dokładniej tak, jak sobie to wyobraził wcześniej.

Próbował zbić tok jej rozumowania, pytał o duchy, reinkarnację, nirwanę. Zasłaniała się niewiedzą, domysłami, w końcu nazwała go ignorantem. Powiedziała, że posłańcy obsługują tylko chrześcijan, a reszta ich nie obchodzi.

– A nawiedzenia, załatwianie niedokończonych spraw po śmierci, zemsta na zdradliwym współmałżonku…? – dopytywał. Szybko zgasiła jego entuzjazm.

– Oglądasz zbyt dużo telewizji – prychnęła. – Zmarli wcale nie są chętni do powrotu tutaj, ani tym bardziej do kontaktu ze światem, który porzucili. A od załatwiania spraw po śmierci, to jesteśmy my, tylko, że jakby w drugą stronę. Widzisz… – kontynuowała po chwili zastanowienia – niektórzy ludzie rodzą się ze specyficznymi zdolnościami, jak ja. Potrafimy wprowadzić się w taki stan, że… hm, mówiąc obrazowo, nasz duch odrywa się od ciała. Wtedy nawiązanie kontaktu ze zmarłymi to już łatwa sprawa. Po prostu mamy klucze do dowolnego pokoju w hotelu.

Nie rozumiał zbyt wiele, ale ona, powstrzymując irytację, tłumaczyła mu cierpliwie, że zmarli nie mają ochoty na kontaktowanie się z żywymi, ale żywi mają sposoby, by dotrzeć do zmarłych. Są posłańcami. Zawsze znajdzie się ktoś, kto chce przekazać coś zmarłemu. A posłańcy mają konkurencyjne stawki i rabaty dla klientów niektórych zakładów pogrzebowych. Pokazała mu wizytówkę.

– Powiedzmy, że ci wierzę – stwierdził ostrożnie. – Czego chcesz ode mnie?

– Niewiele. Tylko żebyś podczas mojej pracy siedział przy mnie ze stoperem w ręku. Jako strażnik posłańca dostaniesz 35% od zlecenia.

Zgodził się wtedy. Do dziś nie rozumie dlaczego.

*

W milczeniu przesunęła się do wezgłowia łóżka i ułożyła odpowiednio poduszkę. Mężczyzna obserwował ją w skupieniu, aż w końcu odwróciła ku niemu wzrok.

– Kto tym razem? – spytał, niby od niechcenia, starając się nie zdradzić faktycznego zainteresowania. Obojętnie wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Jakiś młody mężczyzna.

– Jak zginął? – nieomal wszedł jej w słowo.

– Czy to ważne? – prychnęła, poirytowana. – Samobójca. Zginął, jak zginął, nic nam do tego.

– Naprawdę nigdy się tym nie przejmujesz? – ciągnął, niezrażony.

– Posłuchaj – złożyła ręce i odwróciła twarz w jego kierunku. – To nie jest istotne. Nie muszę wiedzieć jak zginął, by wypełnić zlecenie. Jeśli mam być szczera, zupełnie mnie to nie obchodzi. Śmierć to śmierć, mnie interesuje to, co jest po niej.

Drażnił go jej ton. Wstał więc, zrobił kilka kroków w stronę okna, po czym zatrzymał się i wbił spojrzenie w jej plecy.

– Wybacz. Po prostu nadal nie mogę pojąć, dlaczego ludzie decydują się na coś takiego.

– Na co? Kontakt ze zmarłym? – westchnęła z rezygnacją. – Mam wrażenie, że tłumaczyłam ci to już wiele razy. Nie masz pojęcia, jak różne mogą być pobudki. Począwszy od ostatniego wyznania: „to zawsze ciebie kochałem, choć nie zdążyłem ci tego powiedzieć”, przez: „wybacz mi, już więcej nie wsiądę za kierownicę po alkoholu”, skończywszy na: „gdzie, do cholery, schowałeś skarby rodzinne?!” – uśmiechnęła się gorzko. – Miłość, wyrzuty sumienia, chciwość… tak, to dobre powody by zapłacić za możliwość kontaktu. Gotowy?

Ponuro kiwnął głową, lekko unosząc przygotowany wcześniej stoper.

– A tak w ogóle – stwierdziła tonem, który sugerował, że sama jest zaskoczona – odkąd tu jestem, mam wrażenie, że miałam ci powiedzieć coś ważnego. – Uniósł brwi w wyrazie zdziwienia. Pokręciła lekko głową, poczym ułożyła się wygodnie na poduszce. – Nie pamiętam, ale przy odrobinie szczęścia – mówiła coraz wolniej – przypomni mi się, jak wrócę.

– Na pewno – mruknął bez przekonania. Spod półprzymkniętych powiek wysłała mu jeszcze karcące spojrzenie.

– Do zobaczenia za pięćdziesiąt trzy minuty – powiedziała sennie.

– Do zobaczenia.

Zerknął na stoper. Podobno cały problem z posłańcami polega na tym, że stan oddzielenia ducha od ciała w praktyce jest bardzo groźny. Jeśli trwa on zbyt długo, powrót może okazać się niemożliwy. Oficjalnie za najbezpieczniejsze posłańcy uznali pięćdziesiąt trzy minuty i poza ten czas nie wolno im wykroczyć. Tyle, że „tam” czas nie istnieje, dlatego niemożliwe jest wyprawienie się z posłannictwem samotnie. Potrzeba kogoś, kto będzie czuwać nad pozostawionym ciałem, by w razie zbyt długiej nieobecności przywołać ducha z powrotem. Dlatego tak bardzo potrzebowała strażnika. Sama nie mogła zdziałać nic.

Oddychała powoli, coraz spokojniej. Zerknął w jej stronę, skupiając wzrok na niewielkim znamieniu, które miała za prawym uchem. Było widoczne pomimo rozsypanych na poduszce ciemnych włosów. I tak znał ten obraz na pamięć.

– Czas start – szepnął, naciskając przycisk.

*

Cmentarz tętnił życiem. Olbrzymie buki obsypane liśćmi w kolorze soczystej zieleni szumiały głośno. Wiatr, niczym niewidzialny dyrygent, wprawiał w ruch ich potężne konary, przypominające ramiona skrzypków i wiolonczelistów. Jednocześnie uganiał się po błękitnym niebie za małymi barankami, połyskującymi w złocistych promieniach słońca. Powietrze pachniało ciepłą wiosną i kwiatami, które spotkać tu było można w całej ich naturalnej różnorodności.

Cmentarny koncert grały także ptaki, które, ukryte gdzieś wśród konarów, wyśpiewywały swoje piosenki do wtóru z radosnym brzęczeniem pszczół, unurzanych w kielichach przekwitających kwiatów. Cały świat zdawał się zatrzymać na progu lata, w melodyjnym i niecierpliwym oczekiwaniu nadchodzących dni.

– Coś jest nie tak – mruknęła do siebie, rozglądając się wokół. – Powinno być inaczej.

Krzywe, zmurszałe nagrobki, okryte kołdrą świeżych kwiatów, wyrastały ciasno jeden obok drugiego. Ktoś kiedyś wyznaczył między nimi wąskie, żwirowe ścieżki, które teraz porosła bujna trawa. Kobieta kopnęła mały kamyk, który pofrunął gdzieś w wielobarwną przestrzeń.

Musiała popełnić gdzieś błąd. Ale gdzie? To nie był jej pierwszy raz, znała reguły. Gdy ciało przestaje funkcjonować, ludzki duch istnieje nadal, ale tylko w sferze projekcji jego oczekiwań względem śmierci. To było jasne. Obiektywnie nie ma więc Boga ani żadnego Sądu. Nie istnieje piekło i wieczne męczarnie. Ale tylko obiektywnie i w teorii. W praktyce zaś, ktoś, kto za życia był gorliwym chrześcijaninem i w swojej ocenie, tak w głębi serca, wierzył, że czyni dobrze, zapewne po śmierci znajdował własne miejsce w anielskich chórach, ubrany w wygodne sandałki i prześcieradło. Inny mógł smażyć się w kotle, obsługiwanym przez rogatego jegomościa. Były i wszelkie wariacje na temat czyśćca, począwszy od poczekalni jak u dentysty, przez długie, niekończące się korytarze, skończywszy na czymś w rodzaju więziennych cel. Bywały i lepsze obrazy: zielone łąki pełne kwiatów, haremy pełne chętnych dziewic, rzeki pełne kwasu. Wszystko zależy od wyobraźni i tego, czego człowiek naoglądał się za życia. Dla tych, co nie potrafią marzyć są i całkiem zwyczajne miejsca na spędzenie wieczności: dom z dzieciństwa, pusty pokój…

Ale cmentarz?

Żwir chrzęścił pod jej stopami, gdy ruszyła ścieżką wprost przed siebie. Mijała wiekowe drzewa i krzywe, czasem zapadnięte płyty nagrobne. Po małych ławeczkach przytulonych niegdyś do grobów zostały teraz tylko połamane deski lub metalowe nóżki wkopane w ziemię.

Uśmiechnęła się w duchu. Tu nie było „niegdyś” i teraz. W tej przestrzeni czas nie miał najmniejszego znaczenia. To, co widziała, było tylko wyobrażeniem i iluzją nieboszczyka, którego poszukiwała. Choć to ciekawe, dlaczego samobójca wyobrażał sobie zaświaty jako cmentarz.

Z samobójcami nie było łatwo, choć problem był inny niż z wierzącymi w reinkarnację czy choćby niewierzącymi w ogóle. Z tymi ostatnimi nigdy nie próbowała się kontaktować, zresztą, nie znalazł się do tej pory nikt, kto złożyłby takie zlecenie, co chyba nie dziwi. Ale samobójca… Taki krok mógł sprowadzić go jedynie w piekielne otchłanie, o ile wierzył w takie rzeczy. A tu był cmentarz. Stary, nadgryziony zębem czasu i zaniedbany, ale jednak cmentarz. To było dziwne.

Nagle dotarło do niej to, co od samego początku gdzieś w głębi jej umysłu krzyczało jak rozszalałe i biło na alarm. Tknięta przeczuciem podeszła do pierwszego grobu i jednym ruchem zmiotła wszystkie kwiaty. Oburzone pszczoły poderwały się do lotu, ale ona nie zwróciła na nie uwagi.

Bardziej interesowało ją coś innego.

Płyta nagrobna była gładka i zupełnie pusta. Żadnej inskrypcji, żadnego napisu. Brak nazwiska, dat, zdjęcia. Wyprostowała się i omiotła wzrokiem pozostałe nagrobki i krzywe pomniki. Na żadnym nie dostrzegła nawet jednej litery.

Ciarki przebiegły jej po plecach. Cofnęła się na ścieżkę i ruszyła do przodu szybszym krokiem. Dróżka kończyła się ślepo, tuż pod wysokim, betonowym ogrodzeniem. Kobieta przejechała dłonią po chropowatej powierzchni muru. Gdzieś w dali słychać było odgłos ruchliwej ulicy i szum pędzących samochodów. Gdyby dobrze się wsłuchała, pewnie doszedł by jej uszu stukot kobiecych obcasów, wybijających rytm na płytach chodnika. Mimo to, wiedziała doskonale, że idąc wzdłuż ogrodzenia, nie znalazłaby furtki, a jedynie zatoczyła okrąg.

Słońce przebijało się przez liście, ogrzewając jej plecy. Odwróciła się do niego twarzą i oparła o ciepły mur. Coś poszło nie tak, wiedziała dobrze. Już dawno powinna go spotkać, siedzącego gdzieś tu, wśród grobów. A może minęło zbyt wiele czasu? Pomyliła się w obliczeniach? Człowiek, a w zasadzie jego duch, pewien okres po śmierci, pamięta wszystko to, co przeżył. To jedyny moment, by dostać się do niego i nawiązać kontakt. Ale z czasem – oczywiście tym ziemskim – zmarły zatraca się w swojej iluzji a jego dawna osobowość i pamięć przestają być dla niego istotne i ulegają zapomnieniu. Duchy przestają być sobą, rozmywają się. Dlatego nie obchodzi ich to, co dzieje się w materialnym świecie. Stają się kompletnie nieosiągalne. Przyjmowanie zleceń pół roku po śmierci mija się z celem.

Nie, nie! Nie mogła się pomylić, przecież nie zabrałaby się za niewykonalną sprawę. Przełknęła ślinę. Więc dlaczego nie potrafiła sobie przypomnieć swoich klientów? I hasła, jakie było hasło?

Jej serce załomotało jak rozszalałe. Poczuła, że cała krew napływa jej do twarzy.

Hasło, hasło… Jakie jest hasło?!

Chwiejnym krokiem zeszła ze ścieżki i zaczęła wędrówkę wzdłuż muru, po miękkiej pachnącej trawie, czasem omijając zbyt blisko położone groby. Palce wbijała w chropowatą powierzchnię ogrodzenia, aż z otartych opuszków zaczęła sączyć się krew. Przystanęła, czując pulsowanie w skroniach.

Potrzebowała hasła, kodu. Każdy klient, prócz informacji, którą chce przekazać, przed podróżą posłańca podaje także kod – pytanie, na które odpowiedź będzie znać tylko i wyłącznie zmarły, na przykład o imię psa z dzieciństwa czy kolor ścian sypialni. Uzyskanie odpowiedzi jest gwarancją wywiązania się z umowy i otrzymania zapłaty. Nie mogła zapomnieć hasła. Bez niego ta wyprawa nie miała sensu. Chyba, że…

Wzdrygnęła się. To niemożliwe!

Jak długo już tu była? Dziesięć minut, godzinę? Nie dałaby sobie więcej niż kwadrans, ale wiedziała, że to złudne odczucie. Pięć minut tutaj mogło oznaczać rok tam. Lub na odwrót.

A co, jeśli strażnik ją zawiódł? Jeśli zasnął, zapomniał, zemdlał, spieprzył sprawę? Co, jeśli w świecie żywych minęły dwie godziny? Nie wróci, nie uda jej się. Nawet, jeśli jej ciało umrze, dusza będzie błąkać się tu, między wizjami innych ludzi, nie mając pojęcia kim jest i skąd się tu wzięła.

Może to już się zaczęło? Nie pamięta hasła, nie pamięta twarzy swoich klientów. Nie pamięta nazwiska tego, którego szuka.

Dławiąc narastające uczucie paniki, osunęła się na trawę. Musiała pomyśleć jasno, choć przez chwilę. Ale jak, kiedy świadomość nagłego uwięzienia w niebycie, perspektywa rychłego zatracenia własnej świadomości nie pozwalała skupić myśli nawet na sekundę…

Musi wrócić! Spróbować, może się uda. Pal licho zadanie. Chociaż…

Czemu nie ma nigdzie tego samobójcy? Gorączkowo rozejrzała się wokół. Nie widziała nic prócz skrawków intensywnego błękitu, szarości grobów, kolorowych plam kwietnych, gdzieniegdzie połaci soczystej zieleni. I drzew, dzielących przestrzeń niczym olbrzymie filary podtrzymujące niebo. A może to po prostu złe miejsce? Może zagubiła się gdzieś po drodze? Spróbuje go odnaleźć jeszcze raz, jeśli to zwykła pomyłka, uda jej się. Jest jeszcze szansa, że wykona zlecenie. W przeciwnym razie wraca. Może chociaż w tym jej się powiedzie…

Z całych sił zacisnęła powieki. Starała się skupić, uchwycić jakiejś trzeźwej myśli, uspokoić rozkołatane serce. Lata praktyki przyniosły rezultat. Wkrótce jej oddech zwolnił a świadomość odpłynęła gdzieś…

Nagle świergot ptaków zamarł. Otworzyła oczy. Widziała całkiem wyraźnie.

*

Zamiast błękitu nieba nad głową ujrzała tylko biel sufitu. Przez szpary w żaluzjach sączyło się mętne światło.

– Znów jesteś ze mną? – Usłyszała dochodzący z boku lekko zaniepokojony głos. – Jak się czujesz?

Poczuła ulgę tak niewysłowioną, że zdołała jedynie westchnąć głęboko i ułożyć wargi w niezdarnym grymasie uśmiechu. Chciała spojrzeć na swojego strażnika, ale wyczerpanie i niedawny stres praktycznie przykuły ją do łóżka. Pomimo że, niczym spętana, nie mogła poruszyć żadną częścią ciała, w końcu udało jej się odwrócić lekko głowę. Mężczyzna siedział obok i przypatrywał się jej ponuro, chyba nieco przestraszony.

– Ile czasu minęło? – spytała sucho.

– Od naszej ostatniej rozmowy? Zbyt dużo – powiedział, a jej zdało się, że dostrzega w jego smutnych oczach coś na kształt troski. A może nie, bardziej nadziei. Tylko tego brakowało. Użalania.

– Jest dobrze, choć przez chwilę naprawdę się bałam, że już nie wrócę – zaśmiała się gorzko. – Nie znalazłam go. Myślałam, że zaszła jakaś pomyłka, ale skoro znów jestem tutaj, to oznacza, że wszystko w porządku. – Zmarszczyła brwi. – I chyba nawet już wiem, co robić. A co do ciebie, to powinieneś bardziej mnie pilnować – dodała surowo.

– Nie ruszam się stąd na krok, słowo – powiedział z wyraźną rezygnacją.

– Mam nadzieję. Nie zapomnij, pięćdziesiąt trzy minuty. – Skwapliwie pokiwał głową, a ona westchnęła. – W sumie to dziwne, coś naprawdę dzieje się z moją pamięcią. Raz, że nie potrafię sobie przypomnieć, jak się nazywają moi klienci, a dwa, że nadal nie wiem, co takiego miałam ci powiedzieć. No, nieważne, do zobaczenia.

Opuściła senne powieki. Ostatnim obrazem, jaki zapamiętała, był jego lekki, pobłażliwy uśmiech.

*

Znów była na cmentarzu, ponownie uderzyła w nią feeria barw, odurzający zapach kwiatów i kakofonia ptasich śpiewów. Trawa uginała się miękko pod jej stopami, gdy przedzierała się pomiędzy chropowatymi nagrobkami. Powietrze smakowało cierpkimi owocami, a ona poczuła nagłą chęć, by przysiąść na jednej z ławek i wsłuchać się w brzęczenie pszczół. To dziwne, ale czuła się tu dobrze i bezpiecznie, choć miała świadomość, iż każda zwłoka może kosztować ją wiele. Skoro już ostatnio przekroczyła czas, teraz sporo ryzykowała, wracając bez odpoczynku. Mogło to skończyć się kompletną utratą pamięci i własnej osobowości. Musiała się skupić.

Z zadowoleniem przebiegała wzrokiem po mijanych nagrobkach. Tak jak poprzednio, na żadnym z nich nie było nawet śladu inskrypcji. Co prawda dalej męczyła ją świadomość tego, że nie pamięta hasła, ale to nie było istotne. Aż tak nie zależało jej na pieniądzach, ważniejsza była ciekawość, chęć dowiedzenia się, co dzieje się z duchem, którego szuka. I dlaczego to miejsce tak różni się od pozostałych, w których bywała.

Najszybciej jak mogła przemierzała cmentarne alejki, czasem przystając, by obrzucić spojrzeniem dwa lub trzy rzędy nagrobków. Niestety, nie zawsze mogła dokładnie dostrzec wszystkie, była więc zmuszona wracać i przedzierać się między grobami. Brak pewności czy istnieje to, czego szuka, nie ułatwiał zadania, ale był to jej jedyny punkt zaczepienia. W końcu znów dotarła do betonowego muru. Zmęczona, czuła wkradającą się w jej serce rezygnację. Cmentarz był olbrzymi, a ona obeszła jedynie kawałek. Duch i ciało, duch i ciało. Gdzie podziewał się samobójca?

Rozejrzała się ponownie i nagle coś przykuło jej uwagę.

Na jednym z grobów, położonym w odległym zakątku cmentarza, prawie pod samym murem, połyskiwało coś srebrzystego. Kobieta wlepiła spojrzenie w tę jasną plamkę i ruszyła w jej kierunku, niczym zahipnotyzowana. Bała się odwrócić wzrok, by nagły punkt zaczepienia nie zniknął gdzieś wśród kwiatów.

Potknęła się o jeden z nagrobków, a złapawszy równowagę, przyspieszyła kroku. Wskakiwała na płyty, przeskakiwała ławki, starając się za wszelką cenę nie zgubić z oczu swego wymarzonego celu. W końcu dotarła. Stał między innymi, trochę przekrzywiony, ale jaśniejący w słońcu. Na płycie nie leżał ani jeden kwiat. Jak się przekonała, jej uwagę przykuło zdjęcie nagrobne, w owalnej, srebrzącej się ramce. Nachyliła się niżej, by przyjrzeć się dobrze uśmiechniętej twarzy młodego mężczyzny…

Nagle po plecach przeszedł jej dreszcz, a nogi ugięły się pod nią, tak, że opadła bezwładnie na pustą płytę. Drżącą ręką dotknęła fotografii, ale ta nie była złudzeniem. Ten nagrobek należał do… jej strażnika?

Jak to możliwe, że jeszcze chwilę temu rozmawiali? Częstował ją winem. Przecież ona fizycznie leży teraz na jego łóżku, w jego pokoju. To nie ma sensu!

A jeśli ma…?

Przebiegła oczami po nagrobnych inskrypcjach. Nazwisko i daty nic jej nie mówiły. Może to nie on, tylko podobny. Samobójca. To nie trzymało się kupy… Nie istniało wyjaśnienie.

Jakiś głos wewnątrz jej głowy mówił jednak wyraźnie: to nieprawda. Sens jest oczywisty. Po co szukasz go ponownie, skoro już znalazłaś? Przełknęła ślinę. Jeśli jej strażnik był samobójcą, którego poszukiwała, dlaczego nie pamiętała hasła? Zleceniodawcy? Treści zlecenia? Co to było za miejsce? I najgorsze z możliwych: kto czuwał nad jej ciałem w świecie żywych?

Rozpalone czoło oparła o chłodny nagrobek. Na wszystko była prosta odpowiedź. Nie było hasła i zleceniodawcy, bo nie było zlecenia. Nad jej ciałem nie miał kto czuwać, kto wie, ile czasu już upłynęło. Dziwnie spokojna przesunęła dłonią po chłodnej płycie. Pod palcami wyczuła jakieś nierówności. Przesunęła się na skraj kamienia i odczytała wyryte słowa:

Na zawsze w pamięci. K.

Coś ścisnęło ją za gardło. Przez myśli przebiegło kilka scen, wizji, bardzo wyrazistych i czytelnych. Pamiętała. Sama wybierała tę inskrypcję.

I nagle w jej głowie pojawiły się słowa. Przekaz, a w zasadzie jego strzępki. Miała powiedzieć mu to, gdy tylko się spotkają, ale nie pamiętała. Słowa uciekały z jej głowy razem z resztkami świadomości. Dlaczego mnie opuściłeś? – brzmiało w jej głowie echo. I nic więcej.

– Miłość, wyrzuty sumienia, chciwość – wyszeptała. Szkoda, że pamięć nie zachowała więcej wspomnień. Wtedy przynajmniej wiedziałaby, jaki miała powód, by złamać wszystkie zasady i samotnie ruszyć na poszukiwanie swojego strażnika.

Usiadła na chłodnej płycie. Była jak osoba chora psychicznie, której nagle, w krótkim przebłysku, powróciła świadomość. Nie czuła nawet żalu, w końcu wiedziała, że wkrótce zapomni o wszystkim. O życiu, o śmierci, o samobójcy, o zleceniach. Rozpłynie się jak poranna mgła.

*

Pierś kobiety uniosła się lekko i opadła z cichym westchnieniem. Mężczyzna uniósł głowę, zmarszczył brwi i z trudem wstał z czarnego fotela. Powoli podszedł do okna. Mętne światło przeciskało się przez lekko przysłonięte żaluzje. To przerastało jego siły. Czuł się bezradny i zagubiony.

Czasem otwierała oczy, nawet go poznawała, ale nie potrafił wyłowić realnego sensu spośród jej słów. Uśmiechała się wtedy tym swoim nieładnym uśmiechem i po chwili znów jej świadomość odpływała. Ile to już czasu?

Odwrócił się w jej stronę i westchnął na widok nieruchomej postaci. Pasy. Czy były konieczne? Przecież nie zachowywała się agresywnie, nie stanowiła niebezpieczeństwa. W ogóle tak, jakby było tu tylko jej ciało, a duch błądził gdzieś daleko. Czasem wracał, na krótko i najgorsze było właśnie to czekanie, aż znów się zjawi. Ta nadzieja, że tym razem zostanie na dłużej.

Jak na złość, nigdy nie zostawał. A on czekał, czekał i czekał.

Zabawne. Odkąd była tu zamknięta, przesiadywał przy łóżku całymi dniami. A przecież kiedyś nawet nie obejrzałby się za nią na ulicy, nie zaprosiłby jej na kawę…

EWA WAWRZYNIAK

Teatr Codzienności

Marzec 29, 2010 Dodaj komentarz

Szkoda tych historii napisanych niewprawnym piórem.

Zawiódł scenarzysta. Jego niezwykle wstrząsająca fabuła okazała się być nudnym serialem. Zawiedli aktorzy. Wchodzili w złych momentach i zapominali swoich kwestii. Dialogi miały być dowcipne, pełne polotu, postacie miały być żywe. A do znudzenia przysłuchiwaliśmy się trupim rozmowom i monologom wykrzyczanym do pustej sali, względnie – lustra. Nawet scenograf zaspał. Z rozmachem stworzył monumentalną dekorację, która okazała się być groteskowa, gdy padły pierwsze małe słowa. Sielskość i spokój wiejskich krajobrazów zepsuły sceny tanich romansów i drżących niepewnych serc. Z muzyką bywało różnie. Ale całokształt nie zachwyca. Raczej nuży monotonia jednej melodii, która narzuca się we wszystkich wariacjach. Preludia były genialne, brakowało tylko chęci, talentu aby dobrze poprowadzić temat i stworzyć zdumiewające zakończenie. Oświetleniowiec szalał ze światłem. Wybierał nie tych aktorów albo oślepiał główne postacie. W momentach grozy – za ciemno, kiedy atmosfera stawała się bardziej prywatna używał wszystkich świateł z rampy. Jeden wielki chaos. Szaleństwo formy, niepewność treści. Reżyser nie przychodził na próby. Był raz, może dwa razy. Nie potrafił zapanować nad aktorami i niezdyscyplinowaną ekipą. Pewnego dnia stanął w drzwiach, pokręcił głową i ciężko wyszedł. Zostawił tych wariatów i poszedł w spokoju wypić kawę i przegryźć ją słodkim spokojem chwili. Obiecał sobie, że przyjdzie na premierę. I był pierwszym, którego dopadł wir ciszy i przekleństwo długiego zapatrzenia. Był bardziej zainteresowany kwitnącym kwiatem i kroplą spadającą do kałuży. Zapomniał. Nie przyszedł.

Sztuka była zbyt awangardowa.

Jury Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego siedziało znużone. Nazwisko reżysera miało zagwarantować mnogość artystycznych uniesień. Zgodnie stwierdzili, że za dużo tutaj eksperymentów z formą, że treść się wylewa i pozostaje interpretacyjna pustka. Nie podobało im się już po pierwszej szklance wody. Kiedy sięgnęli po ciastka byli pewni, że tym razem pierwszej nagrody nie będzie. I nie rozumieli ,co tak bardzo podobało się publiczności.

Bo widownia bawiła się doskonale. Nie zdawali sobie sprawy, że teatralne miłości, z których każda jest prawdziwa i jedyna, że przyjaźnie, które zawsze są dozgonne, że radość i smutek, że łzy szczęścia i rozpaczy w pewnym stopniu są rzeczywiste. Z uwagi na kiepskie pióro scenarzysty, jego nieumiejętność konstrukcji fabuły, aktorzy przenieśli na scenę swoje historie. Wszystko to działo się na oczach widza i było prawdziwe. Nawet głośne chrapanie suflera w krytycznych momentach nie przeszkadzało nikomu. To był teatr jakiego zawsze chcieli. Fikcja silnie podszyta prawdą, nierealność ocierająca się o betonową ścianę istnienia. Śledzili romanse i ucieczki, dali się porwać emocjom, płakali, śmiali się – czuli, że byli przy tym obecni. Po raz pierwszy ktoś tak prawdziwie pokazał im wycinek ich samych. Pokazał im coś, co zawsze brali za fikcję. Właśnie w taki dziwny, niespotykany sposób, na fundamencie nieprawdy urósł poszarpany gmach całości. Bo publiczność tą nieskładną, co krok wybuchającą sprzecznościami sztukę – ułożyła w spójną opowieść. Koniec to element, który potrafi pogodzić największe paradoksy. Awangardowy teatr otrzymał nagrodę publiczności.  Ta sztuka jest grana wszędzie, to najpopularniejszy spektakl na świecie. Wyróżnienie nie zrobiło najmniejszego wrażenia na reżyserze. Był zbyt zajęty kontemplowaniem światła rozpraszającego się w kropli rosy.

Po spektaklu pewnie krytyk napisał: „Jest to specyficzna komedia. Groteska odbijająca się od ścian absurdu i ironii”. Najwyraźniej mu się podobało. A Wy? Jak się bawicie?

ADRIAN JAWOREK

Teufelbaum

Marzec 29, 2010 5 komentarzy

„(…) wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące
(…) i drzewo poznania dobra i zła.”
Księga Rodzaju 2,8-2,9

I

Wieczorne słońce balansuje na krawędzi horyzontu, znacząc czerwienią wierzchołki najwyższych drzew i szczyty kilku wyrastających wśród pól dachów. Panujący przez cały dzień upał powoli ustępuje miejsca nadchodzącemu chłodowi nocy, a zmęczone ukropem owady odkładają na później swój smętny skrzypcowy koncert – po okolicy snuje się melancholia i rozleniwienie. Letni wiatr nieśmiało muska grzywę trawy, po czym szybko znika wśród cichości lasu. Na polach zalega przejmująca, bezdźwięczna pustka, nagle rozerwana narastającym grzmotem silnika, który milknie wraz z piskiem hamulców i trzaskiem zamykanych drzwi.

Na środku głównej drogi niewielkiego miasteczka, umoszczonego wśród złocistych pól, postawny mężczyzna w przepoconej koszuli zostawia za sobą umilkły już samochód i żwawym krokiem rusza w stronę najbliższych drzwi. Kilkanaście domów rozrzuconych nierówno wzdłuż asfaltowej wstążki wypluwa w jednym momencie za drzwi pospolite głowy najbardziej wścibskich mieszkańców. Spocony mężczyzna spogląda to w prawo, to w lewo, i nie zwalniając kroku odwzajemnia spojrzenia, pochylając lekko wysokie czoło. W drodze do wejścia trzykrotnie próbuje splunąć i trzykrotnie ponosi porażkę – zgrzytający między zębami kurz zdaje się na stałe zrastać z podniebieniem i językiem. Mężczyźnie najwyraźniej jednak nie robi to wielkiej różnicy – spluwa raczej automatycznie, niż dla jakiegoś efektu. Po trzeciej próbie ciekawskie głowy zostają na powrót wessane do wnętrz domów.

Kiedy mężczyzna staje w otwartych z niemałym hukiem drzwiach, ze środka wita go chóralny wrzask:

– Sołtys! Panie sołtys! Tu do nas, prosimy!

Wywołany uśmiecha się pod wąsem i kieruje swoje kroki do stolika, gdzie nad lasem pustych kufli i butelek czterech miejscowych snuje filozoficzną gawędę o życiu seksualnym sąsiadów w kontekście ogólnie panującego na świecie skurwysyństwa.

– Moczymordy! Pijanice! A piwo dla mnie gdzie, ha?! – sołtys rozsiada się na wolnym zydlu jak szlachcic posesjonat na swojej zagrodzie.

– Ano stało gdzieś tu… – jeden z siedzących, zarośnięty jak niedźwiedź grubas, zawiesił na chwilę ochrypły głos, pomachał ręką nad pustymi butelkami i drapiąc się w ciemię dokończył – … ale gdziesik się zapodziało…

– To może skocz za bar i przynieś mi moje zbłąkane piwko, co? A ja tu w tym czasie popilnuję twojego… – grubas zerwał się ze stołka i bez słowa pomknął, z zadziwiającą jak na swoją tuszę prędkością, do stojącego za barem właściciela knajpki, ukradkiem rzucając zaniepokojone spojrzenia na własne piwo, które w ułamkach sekundy znikało w spragnionym gardle sołtysa.

– Ależ mnie wysuszyło, chłopcy… Mówię wam – nie mnie w taki upalny dzień jeździć za interesami do Miasta… Było sobie odpuścić, na ganku w cieniu posiedzieć, z kolegami szanownymi buteleczek parę opróżnić… – tu sołtys zrobił sobie krótką przerwę. Taką, żeby doprowadzić przyniesioną w międzyczasie przez grubasa butelkę do stanu filozoficznego: w połowie pustego i pełnego jednocześnie.

Drugi z siedzących, tuszą nie ustępujący bynajmniej zarośniętemu delikwentowi, skorzystał z chwili przerwy i czkając z lekka zapytał:

– I c-co tam, p-p-panie sołtys na wielkim świ…-eeep…-cie słychać?

Sołtys mlasnął z uznaniem, spojrzał krytycznie na trzymaną w dłoni butelkę pod światło, skrzywił się na widok chlupoczącego równo w jej połowie płynu i mruknął ni to do świata, ni to do siebie:

– W połowie pełna, taka jej mać…

Pozostali zamilkli przytłoczeni ogromem intelektu, jaki został włożony w tę niemal metafizyczną uwagę poczynioną przez pierwszego z równych. Nie minęła chwila, kiedy odezwał się kudłaty grubas, lekceważąc niemal sakralny nastrój chwili i wykazując się całkowitym brakiem zmysłu samozachowawczego:

– A ja to bym rzekł, że ta ona buteleczka w połowie pustawa jest… Tak jakby od pasa wzwyż, tak…

Sołtys spojrzał na niego złym wzrokiem i zripostował natychmiast:

– Boś głupi wiejski ćwok.

Atmosfera przy stoliku zagęściła się momentalnie. Zdawać by się mogło, że w powietrzu już słychać dźwięk tłuczonego szkła i okrzyk bojowy tysiąca męskich gardeł. Na szczęście barman, który niemałą nabył wprawę w obserwowaniu stanu swoich gości, zareagował instynktownie i rzucił niby od niechcenia przez całą salę:

– Przyjezdnego mamy, sołtysie.

Towarzystwo przy stoliku spojrzało po sobie, przybierając na zapite oblicza wyraz inteligentnego niezrozumienia i zdziwienia.

– Ano przyjezdny. Miastowy jakiś. Ale nie z naszego Miasta, tylko skądiś dalej. Przyjechał pono z polecenia jakiegoś Centrali, czy kogo…

Sołtys uniósł się z zydla i obdarzając ciężkim spojrzeniem kudłatego grubasa pogroził mu palcem, po czym wypił duszkiem resztę piwa, pozbawiając kompanów tym samym pretekstu do zabawy i odstawił pustą butelkę do zgromadzonej na stole kolekcji. Następnie wskazując na miejsce, z którego właśnie wstał, pożegnał się z pozostałymi w krótkich słowach:

– JA tu siedzę.

I wyszedł.

Na zewnątrz wreszcie ustąpiła nieznośna duszność powietrza. Z lekka zachmurzone niebo dawkowało co chwilę skromne ilości księżycowego blasku, które rzucały więcej mrocznych cieni, niż dawały światła. Owady przypomniały sobie, że ich życie jest nie tylko krótkie, ale również kruche, i w szaleńczym staccato nadganiały wieczorny materiał swojego spóźnionego występu. Z pól między domy spływał delikatny szum, który mógłby któremuś z mieszkańców skojarzyć się z morzem, gdyby którykolwiek z nich nad morze kiedykolwiek się wybrał.

Sołtys potoczył się w stronę jedynego miejsca, gdzie przyjezdny mógł bez problemu dostać nocleg i gościnę: w domu niemal stuletniej wdowy, która za niewielką opłatą zgadzała się przyjmować niefortunnych przybyszów, by do późna w nocy katować ich opowieściami sprzed wieków, wspomagając się kilkunastoma opasłymi albumami ze zdjęciami. Bywało nie raz i nie dwa, że strudzony podróżą gość po godzinie przebywania z wdową odkrywał w sobie nagle dwie umiejętności: zapas sił wystarczający na podróż w dowolnym kierunku i to w promieniu co najmniej stu kilometrów od Miasteczka oraz cudowny talent do tworzenia ad hoc misternych wymówek, które zmuszały go do natychmiastowego wyjścia.

„Taaa… Wdowa to ma gadane… Stara raszpla się nieźle trzyma… Kto ją tam wie, czym się faszeruje i skleja, rura jedna… Gadają baby, że mazidła jakieś cudowne ma… Ale czego to baby nie powiedzą byleby tylko gadać…” – rozumował swobodnie w zaciszu swego umysłu sołtys, po czym nagle zatrzymał się, by po dłuższej chwili bezruchu gwałtownie zawrócić w stronę baru.

„Skoro jeszcze tu jest, a nie uciekł, to albo śmiertelnie zmęczony bydlak, albo wytrzymały skurczysyn jakiś… Jak do rana wytrzyma u wdowy – znaczy się ma ważną sprawę. Jak nie wytrzyma – to jebał go pies…”.

Drzwi do baru huknęły, aż echo poniosło się po sali.

– Czy nie mówiłem, że JA tu siedzę?! No to teraz…

W spokoju nocy rozległ się nagle potępieńczy wrzask, który już po chwili przeszedł w pijacką pieśń zwycięstwa.

Barman westchnął pod nosem. Czekała go długa i męcząca noc.

II

Ranek nieśmiało zajrzał na pola wokół Miasteczka, upewnił się dwa razy, że mroki nocy odpłynęły za swoją panią i dopiero wtedy sam wtoczył się na pagórki, robiąc miejsce dla kolejnego dusznego dnia. Wśród zbóż i traw lunarne stworzenia ustępowały pola liczniejszym siłom spod znaku słońca i błękitnego nieba. Uważny obserwator być może zainteresowałby się dziwną gwałtownością, z jaką owa zmiana warty przebiegała. Bystry spacerowicz spojrzałby pewnie ze zdziwieniem pod nogi i zorientował się, że błyszczące między źdźbłami iskierki to nie zbłąkane krople rosy, tylko tysiące chitynowych pancerzyków, błyszczących we wschodzącym słońcu niespotykaną paletą barw. Poszukiwacz zaginionej rok wcześniej buteleczki jałowcówki, uporczywie wpatrujący się w ziemię, przy odrobinie wątpliwego szczęścia odnalazłby truchła zajęcy, myszy i kretów, nietknięte jeszcze przez zęby i żuwaczki padlinożerców.

Jednak tego konkretnego, gorącego jak piec hutniczy dnia uważny obserwator zaspał i nie zdążył wyjść na pola, by jak co dzień oglądać wschód słońca. Bystry spacerowicz od tygodnia leżał w domu ze zwichniętą kostką i bezwstydnie korzystał z dobrodziejstw przebywania pod opieką kochającej kobiety. Natomiast poszukiwacz jałowcówki dzień wcześniej porzucił definitywnie nadzieję o odnalezieniu swojej zagubionej buteleczki, wybrał się zapić stratę do baru, dostał serdecznie drewnianą lagą w łeb, po czym udał się na zasłużony odpoczynek pod stołem.

Nie było więc nikogo, kto miał choćby okazję zobaczyć, jak w epicentrum koła złożonego z martwych stworzeń kiełkuje w całkowicie suchej ziemi smętny pęd o ciemnych liściach i wyraźnie zaznaczonych kolcach. Ot – ludzki pech i złośliwość losu.

A mieliby o czym później opowiadać.

III

Sołtys wstał wcześnie – słońce jeszcze nie przekroczyło zenitu. Niesprecyzowane godziny pracy były jedną z licznych zalet zarządzania Miasteczkiem. Tuż obok plasowały się bliżej nieokreślone obowiązki spoczywające na tym urzędzie i pobłażliwość administracyjna Miasta. Ze stanowiskiem sołtysa związany był również nieograniczony kredyt w barze – nie do przecenienia w długie jesienne i zimowe wieczory, jak również w ciepłe wiosenne i letnie dni.

Tupot białych mew na śliskim pokładzie niezbyt płynnie przeszedł w systematyczny łomot czyjejś pięści o drzwi.

Sołtys leniwie otworzył prawe oko.

Zamknął.

Uniósł lewą powiekę.

Zamknął.

Spróbował jednocześnie.

Zabolało.

Wszechobecne światło wdzierało się do mózgu przez każdą najdrobniejszą szczelinę czaszki i z głośnym hukiem odbijało od szarych komórek. Łomot w drzwi nie ustawał. Ba, potężniał z każdym kolejnym uderzeniem. Nie widząc innego wyjścia z tej patowej sytuacji, sołtys postanowił skapitulować i stawić czoła światu. Dynamicznie otworzył oczy, przeskoczył z trybu horyzontalnego w wertykalny i truchtem ciężko skacowanego niedźwiedzia ruszył na spotkanie natarczywego gościa. W drodze do wejścia naprędce tworzył słowa powitania, które jak mantrę sączył spomiędzy zaciśniętych zębów.

– Ty skurczy bękarcie chędożony… Żeby cię diabli wydymali na trzy baty… Zawszony powitać szanownego pana, w czym mogę służyć? – głos sołtysa bez zająknięcia przejął kontrolę nad sytuacją, kiedy okazało się, że za otwartymi drzwiami stoi ubrany w garnitur jegomość z aktówką w dłoni.

– Mam przyjemność z panem Majchrem? – głos przybysza brzmiał ciepło, przyjemnie dla ucha. Dźwięczała w nim jednak jakaś dziwna nutka, która w jednej chwili otrzeźwiła sołtysa i postawiła nielicznie zachowane synapsy w stan gotowości bojowej.

– W samej rzeczy, Majcher jestem. Pomóc w czymś szanownemu panu?

– Istotnie. Pan pozwoli, że nie będę wchodził do środka, mam do pana tylko taki mały interes… – gość zawiesił na moment głos i znacząco zlustrował sołtysa, który dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że przyjmowanie gościa w drzwiach na waleta to niezbyt dobry pomysł, zwłaszcza kiedy pół ulicy wygląda zza firanek i bacznie obserwuje całą sytuację.

Majcher wyprostował się dumnie i z pozornym spokojem odpowiedział:

– Szanowny panie, chwileczkę króciutką, się tylko z lekka do porządku doprowadzę.

Przybysz przyzwalająco skinął głową i odpowiedział:

– To ja zaczekam na pana w tym ustronnym lokalu po drugiej stronie ulicy.

Dopiero kiedy za gościem w garniturze drzwi zamknęły się z jękiem zardzewiałych zawiasów, sołtys pozwolił sobie na chwilę zadumania.

– Ki czort przysrał tu tego elegancika?…

Majcher szybko zlustrował swój stan, doszedł do wniosku, że potrzeba mu ubrania i ruszył w salony na poszukiwania. Kwadrans później odnalazł niemal wszystkie części swej wymiętej garderoby, które mimo definitywnie wczorajszego stanu wciąż klasyfikowały się do kategorii: „Już zalatuje, ale jeszcze można ubrać”. Za kołnierzykiem spoconej koszuli wylądował krawat pamiętający nie tylko lepsze czasy, ale i co najmniej jedną epokę lodowcową. Pstrokaty pasek materiału przed laty zapleciony został w finezyjny węzeł, który przy odrobinie wysiłku mógłby służyć za stryczek.

Ciekawscy sąsiedzi nie opuścili okiennych posterunków. Ba, niektórzy nawet zdążyli przygotować sobie zakurzone aparaty fotograficzne, gdyby sołtysowi przywidziało się znowu paradować bez gaci przed całą ulicą – fakt ten udokumentowany na kliszy z pewnością stanowiłby największą atrakcję towarzyską przez kilka kolejnych dekad. Jakże wielki był więc zawód sąsiedzkiej braci, gdy Majcher z pełnym rynsztunku wyszedł pańskim krokiem z domu i skierował swe kroki w stronę baru.

Podczas wchodzenia do knajpy nie musiał trudzić sobie rąk otwieraniem drzwi, bo te opalały się w południowym słońcu na środku ulicy. Zza mgły wspomnień na moment wypłynął przed oczy sołtysa obraz któregoś z przyjaciół pospiesznie opuszczającego lokal z nieznacznym tylko przystankiem w okolicach pustej już teraz framugi.

Bar sprawiał wrażenie opuszczonego – przy jedynym sprawnym stoliczku siedział jegomość z aktówką i popijał pachnącą na całą salę kawę.

– Obawiam się, że dzisiaj jesteśmy skazani na samoobsługę. – bez podnoszenia wzroku stwierdził siedzący i z wyraźnym zadowoleniem łyknął czarnego płynu.

Sołtys podszedł do kontuaru, dla przyzwoitości zerknął za ladę, upewnił się, że naprawdę nikt go nie obsłuży, po czym wyciągnął z lodówki dwa zimne piwa. Wystudiowanym ruchem kciuka odesłał w kąt jeden z kapsli i z lubością łyknął pienistego płynu.

– Zapraszam do stolika, panie Majcher. – gość w garniturze ruchem dłoni wskazał na stojący przy jego stoliku zydelek.

Sołtys ciężko siadł na niewielkim krzesełku, które zatrzeszczało z bólu, ale dzielnie zniosło tę próbę wytrzymałości. W powietrzu parabolę zakreślił drugi kapsel. Wylądował mniej więcej w tym samym miejscu co poprzedni. Jegomość z aktówką gwizdnął cicho pod nosem i skomentował umiejętności Majchra krótkim zdaniem:

– Znać rękę fachowca…

Sołtys nie odpowiedział z dwóch powodów. Po pierwsze był zbyt zajęty opróżnianiem „na raz” drugiej już butelki, a poza tym nie miałby zielonego pojęcia, co odpowiedzieć. Wynikłą w ten sposób inteligentną ciszę przerwał miękki głos gościa w garniturze:

– Pan pozwoli, że się przedstawię: Teufelbaum jestem. Prywatnie koneser kawy… – tu przybysz zasalutował rozmówcy filiżanką wonnego płynu i z lubością malującą się na twarzy łyknął ze dwa razy, po czym dokończył – … służbowo Doradca do Spraw Alternatywnych Form Żywienia. Wasze Miasteczko zostało wytypowane przez Zarząd Centralny…

W głowie sołtysa powstał zamęt. Słowa Teufelbauma, kimkolwiek był, płynęły swobodnie gdzieś obok. Z jego gadaniny Majcher pojął tylko jedną frazę: Zarząd Centralny. Na zjazdach administracyjnych z rzadka wspominało się, że są tacy, którzy nad tym wszystkim czuwają, choć wielu twierdziło, że to jedynie plotki i pomówienia. A tu proszę… Zjawia się taki cwaniaczek w garniturku i mówi, że go Centrala przysłała. Instynkt kazał sołtysowi zachować się profilaktycznie w zaistniałej sytuacji i zgadzać na wszystko.

– … postępowy sposób nawożenia i liczne próby genetyczne pozwoliły naszemu ośrodkowi opracować prototypowe sadzonki nowego gatunku jabłoni, którego owoce po spożyciu zasadniczo wpłyną zarówno na biologiczną, jak i psychologiczną… Przepraszam, czy ja pana nudzę? – Teufelbaum bystro spojrzał na Majchra, po czym z uśmiechem powstrzymał go od nieudolnej próby wytłumaczenia się:

– Ach tak… Po pana minie wnoszę, że wszystko zostało już wcześniej wyjaśnione na którymś z administracyjnych zjazdów – fantastycznie zatem. Proszę mi wybaczyć urzędniczą nadgorliwość. Skoro wszystko jasne, to przejdźmy do meritum…

Sołtys już był gotów zrywać się od stołu, ale zauważył, że gość ciągle siedzi i nigdzie się nie wybiera, więc sam też pozostał na swoim miejscu.

– Sprawa wygląda następująco: pozwoliłem sobie wczoraj wieczorem zasadzić jedną ze wspomnianych już wcześniej sadzonek na pobliskim wzgórzu. W tym roku testujemy jabłonie. Interesują nas przede wszystkim warunki agrarne, w jakich nasza odmiana jabłoni przyjmie się najlepiej. Nazwijmy to w skrócie testem gleby. Do pana i pańskich podwładnych kierujemy dwie maleńkie prośby: po pierwsze proszę nas na bieżąco informować o wzroście drzewa, wystarczą cotygodniowe raporty, które będzie pan przekazywać na zjazdach administracyjnych przewodniczącemu. Mam nadzieję, że znajdzie pan na to czas w gąszczu innych obowiązków, panie sołtysie…

W głosie Teufelbauma mocniej zadźwięczała ta dziwna nutka, która już wcześniej zaniepokoiła Majchra. Wynikało z niej jasno, że prośba o raporty w rzeczywistości nie była prośbą, tylko najzwyklejszym w świecie poleceniem służbowym. Jakby po ludzku i od razu nie można powiedzieć… Gość jednak nie skończył swojego monologu.

– Natomiast druga prośba, tu podkreślę z całą mocą to słowo: prośba, dotyczy owoców, które dojrzeją na świeżo zasadzonej jabłonce. Pod żadnym pozorem proszę ich nie spożywać, mogą bowiem mieć własności jeszcze niestwierdzone w testach klinicznych. Póki co wiemy na pewno, że znacząco poprawiają tężyznę fizyczną i intelektualną, jednak kosztem racjonalnej oceny podejmowanych przez jednostkę działań, które można wartościować operując kategoriami dobra i zła…

Majcher zamyślił się głęboko. Spodobało mu się, więc zamyślił się jeszcze bardziej. Przyjezdny wprawdzie gadał bez większego sensu, ale jednak coś większego za tymi słowami się kryło. W sołtysie obudził się duch solidarności lojalnościowej: „Że niby jabłek nie ruszać, bo nam krzepy i rozumu przybędzie, tak? A co to komu szkodzi? Jak nam na bezczela zasadził na naszym gruncie to zawszone drzewo, to niech teraz nie mówi, co możemy z nim robić, a co nie! Znalazł się elegancik francowaty!”. Jednak zamiast wyrazić swoje obiekcje na głos, odparł tylko:

– Się rozumie, szanowny panie. Drzewka nie ruszać, raporciki pisać i sobą się zająć.

Na twarzy Teufelbauma wykwitł szczery słowiański uśmiech. Gość rozłożył szeroko ręce i z wyraźnym zachwytem niemal wykrzyczał:

– Szanowny panie! Od razu wiedziałem, że mam do czynienia z człowiekiem światowym, który wszystko w mig pojmie! Niezmiernie wdzięczny jestem za naszą pogawędkę – mam nadzieję, że wszystko będzie układać się jak najlepiej. A teraz pan łaskaw będzie wybaczyć, ale obowiązki wzywają. W razie jakichkolwiek problemów proszę zwrócić się do przewodniczącego na zjeździe. Zostanie on upoważniony do wydawania pomniejszych dyspozycji w sprawie sadzonek. Proszę przy najbliższej okazji pozdrowić panią Eugenię i zapewnić w moim imieniu, że jeszcze kiedyś zjawię się na jakąś wieczorną pogawędkę przy dobrej kawie. A póki co: do wiedzenia!

I zanim Majcher zdołał się zorientować, mężczyzna w garniturze wypadł z knajpy na rozgrzaną od słońca jezdnię, by już po chwili żwawo maszerować w stronę Miasta.

– Co za… – sołtys nie potrafił znaleźć żadnego adekwatnego dla Teufelbauma epitetu w swoim, bądź co bądź, bogatym zasobie inwektyw, więc splunął za nim na pożegnanie i z ciekawości ruszył na jedyne w okolicy wzgórze, gdzie spodziewał się znaleźć sadzonkę,
o którą tyle zamieszania się nagle zrobiło.

Kiedy po drodze spotkał starą wdowę, krzyknął w jej stronę:

– Pozdrowienia macie od tego tam Tufulbama! Ponoć jeszcze do was wpadnie kiedyś!

Wdowa kwiknęła, zachłysnęła się i z potępieńczym wrzaskiem uciekła w stronę swojego domostwa. Sołtys wzruszył ramionami, popatrzył chwilę za kobietą biegnącą z niezwykłą, jak na swój wiek, chyżością, po czym podjął marsz na wzgórze.

IV

Teufelbaum usiadł na przydrożnym kamieniu i wyciągnął z aktówki gruby plik pokrytych drukiem kartek. Znikąd w jego dłoni znalazł się srebrny długopis, którym szybko zaznaczył parę słów na różnych stronach. Potem schował papiery z powrotem do teczuszki, leniwie rozejrzał się po okolicy, uśmiechnął sam do siebie i swobodnym krokiem zszedł z drogi w pole, gdzie porządku pilnował stary strach na wróble. Kiedy Teufelbaum przechodził obok niego, zdawać by się mogło, że strach ukłonił się z lekka mężczyźnie.

Ten, co dziwniejsze, przystanął i odpowiedział dwornym zgięciem się w pasie.

-Jussssszzzz? – wiatr zaszeleścił między starymi wiechciami słomy, nadającymi strachowi jako tako ludzką sylwetkę.

– A już. Gotowe. Dzień roboty i fajrant. – Teufelbaum wyraźnie zadowolony z siebie ściągnął marynarkę i nonszalancko zarzucił ją sobie przez ramię.

– Nie possssssłuchają zzzzzzakazzzzzu?

– A kiedykolwiek usłuchali? Wystarczy tylko czegoś zabronić, a można być pewnym, że to zrobią. A że nie rozumieją tego, co się do nich mówi i jakie są konsekwencje ich kretyńskich decyzji, cóż… Woda na nasz młyn. Zresztą to nie my mamy być tymi uczciwymi i miłosiernymi…

Kot z Cheshire pozazdrościłby Teufelbaumowi uśmiechu, który wykwitł na ustach mężczyzny, kiedy wspomniał o miłosierdziu. Zdawało się, że uśmiech ten zajmuje coraz to więcej miejsca, by w końcu połknąć właściciela i wraz z nim zniknąć z cichym trzaskiem.

– Sssssszzzzzzpaner…

Suche od słońca trawy kołysały się i skrzypiały od najmniejszego ruchu powietrza. Tłuste wróble obsiadły stojącego na środku pola stracha i kryjąc się pod połami narzuconej na niego marynarki, czekały na chłodniejszy wieczór i deszczową noc. Ptaki czuły, że tego roku plony będą wyjątkowo obfite – strach na wróble też to wiedział, choć miał na myśli coś zupełnie innego.

MACIEJ MATKOWSKI