Archiwum

Archive for the ‘Recenzje’ Category

Z kulą ziemską u nogi

Marzec 31, 2010 Dodaj komentarz

Lektura najnowszej książki Jacka Podsiadły budzi skrajne emocje – od radosnego zachwytu po najczarniejszą rozpacz. Spękana i niestabilna zdaje się wciągać czytelnika w niespokojną grę z czasem i rzeczywistością, grę, w której nie ma zwycięzców. Na temat Życia, a zwłaszcza śmierci Angeliki de Sancé wypowiadano się różnie, bo też i obok tej publikacji nie sposób przejść obojętnie. Jedni zarzucali jej zbytnią familiarność sugerując, że tak naprawdę najnowszą książkę Podsiadły zrozumieć mogą jedynie ludzie z jego najbliższego otoczenia i że tekst w zbyt małym stopniu nastawiony jest na odbiór, inni zaś zachwycali się nad sposobem obserwacji rzeczywistości stosowanym przez autora. Nie sposób nie zgodzić się po części ze wszystkimi tymi opiniami.

Niewątpliwie najbardziej charakterystycznym elementem książki jest jej układ kompozycyjny. Odnosi się wrażenie, że tom został poskładany z różnych, niepowiązanych ze sobą opowiadań, fragmentaryczne fabuły rozsypują się i przenikają, w rezultacie tworząc swoistą sylwę – różnorodną, wielowątkową, choć przecież nie pozbawioną ani wzajemnych połączeń, ani wspólnego dla wszystkich elementów paradygmatu. Fragmenty opowiastek, przemyślenia, zapiski z podróży pomieszane w czasie i przestrzeni, pełne wszelakich odniesień kulturowych, spajają się w całość, której rozbicie nadaje poruszanym problemom uniwersalność, wkomponowując się w motyw przemijania, utraty i ważkości czasu.

O czym więc jest ta książka? Historia nimfomanki Angeliki i jej trudnych związków z jeszcze trudniejszymi mężczyznami, od Rescatora, poprzez Pająka Jelitko i Wieloryba, na Anhellim kończąc, korespondująca intertekstualnie ze znaną przed laty serią filmów o markizie Angelice i jej ukochanym, przeplata się z elementami powieści Drogi – zawsze Drogi, nigdy nie drogi, odbywanej na różne sposoby, różnymi środkami transportu, Drogi nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, której punkt wyjścia zawsze może okazać się punktem docelowym. W Drodze znajduje się narrator wraz ze swymi przyjaciółmi, ale przecież nie opuszcza ona także Angeliki, nie opuszcza żadnej z wymienianych w książce postaci, wiąże się z ciągłym przemijaniem, zapominaniem (Ale przyjdzie kiedyś dzień, że zamknę oczy i nie zobaczę nic), a koniec wyznacza jej Śmierć, mówiąca, kuriozalna i niemożliwa do ogarnięcia, choć przecież bliska, wszechobecna w takim samym stopniu na kartach książki, co w naszym codziennym życiu. Rzeczywistość splata się u Podsiadły ze snem, życie bez możliwości oderwania, lotu, staje się otępiającym więzieniem (Ziemia jest wielką kulą u nogi każdego przedstawiciela naszego ponurego, nielotnego gatunku [s. 230]). Zwyczajne wydarzenia stają się nadzwyczajne jedynie ze względu na swoją pospolitość dostrzeżoną poetyckim, artystycznym okiem, a każda chwila staje się cudem wyłącznie ze względu na swój chwilowy, niepowtarzalny charakter.

Z owego dążenia do końca Drogi może wynikać sam tytuł książki – to nie życie Angeliki, a właśnie jej śmierć jest tu najważniejsza, ale można odczytywać go również ironicznie w stosunku do treści – przecież tak naprawdę nie chodzi o śmierć, o koniec Drogi, ale o Drogę samą w sobie, tak samo jak nie chodzi wyłącznie o Angelikę, co zostaje nam zasygnalizowane już na samym początku lektury. Czyżby więc przewrotność tytułu wskazywała przede wszystkim na przewrotność treści? I takiej ewentualności nie można w tym miejscu wykluczyć.

Podsiadło odnajduje się w prozie niemalże tak znakomicie, jak w poezji. Mimo iż to jego pierwsza poważna próba prozatorska (choć wcześniej opublikował co prawda przewodnik po Wilnie i dwa tomy felietonów – „A mój syn…” i „Pippi, dziwne dziecko”, będące jego pierwszą próbą napisania rozbudowanej fabuły), przez niego samego wyjaśniana przypadkową rozmową („Innym razem zadzwonił do mnie znajomy i powiedział: „Może byś napisał książkę, co?”. A ja odpowiedziałem: „To niezły pomysł. Ale ja nie umiem zmyślać. „Coś wymyślisz. Angelikę i Wieloryba albo coś zupełnie innego”, powiedział. Tak powstała ta książka. [s. 226]), wychodzi z niej obronną ręką. Jego styl jest przejrzysty, a proza barwna, choć nie pozbawiona poetyckich elementów, których brak dziwiłby niewątpliwie w przypadku utworu jednego z najbardziej znanych poetów pokolenia „bruLionu”.

Zarówno poetycka, jak i wielce nieuporządkowana jest również narracja utworu, zmieniająca się co chwila, przeplatająca najróżniejsze dyskursy, przechodząca z języka literackiego, czy nawet filozoficznego, po przepełniony wulgaryzmami, kolokwializmami i dialektyzmami uliczny sposób wyrażania. Narrator zmienia się z pierwszo – na trzecioosobowego w zależności od historii, w której się znajduje i nie ma możliwości stwierdzenia, czy to ten sam narrator, a już tym bardziej tego, czy jest on tożsamy z autorem. Podsiadło bawi się narracją, dyskursywnością, czytelnikiem w końcu, bawi się nie podsuwając, na żadnej z płaszczyzn utworu gotowych rozwiązań. Bałagan cechujący układ książki pogłębia się na gruncie języka, paradoksalnie odrobinę go porządkując, gdyż to właśnie język w dużej mierze różnicuje pojawiające się w książce dwie opowieści.

Sylwiczny charakter Życia, a zwłaszcza śmierci Angeliki de Sancé, układ graficzny, w tym charakterystycznie zawijające się końce lub początki niektórych zdań, zamieszczone wykresy, zdjęcia, niepoukładanie narracji i fabuły, a także elementy autobiograficzne autora przewijające się w tekście sprawiają, iż staje się on zaskakującą bez przerwy hybrydą, mogącą aspirować nawet do miana utworu postmodernistycznego, czymkolwiek nie byłby postmodernizm i jakkolwiek niebezpieczne byłoby takie domniemanie. Poza ukrytymi, choć możliwymi do dostrzeżenia odniesieniami literackimi, chociażby do Woltera czy cytowanego kilkakrotnie w książce Brautigana, w tekście pojawiają się również prawdziwe nazwiska: Gretkowskiej czy Ziemkiewicza. Te prywatne wycieczki mogą nie przypaść niektórym czytelnikom do gustu (Patison poruszył również kwestię Manueli Gretkowskiej, która jego zdaniem jest osobą trochę schizofreniczną.[s. 27]) i nie znajdują żadnego uzasadnienia w treści utworu. Stąd może narodzić się oskarżenie o skierowanie książki wyłącznie do małej grupki „zorientowanych” czytelników, znających autora na tyle dobrze, by zrozumieć jego tekst i wszystkie intencje, jednak tego typu oskarżenie nie tylko mijałoby się z prawdą, ale i celem – nie istnieje przecież kategoria odbiorcy doskonałego.

Za każdym razem, kiedy myślę o tej książce, pierwszym określeniem, jakie mi się nasuwa jest wyraz „dziwna”. I właśnie to słowo chyba najlepiej oddaje klimat Życia, a zwłaszcza śmierci Angeliki de Sancé. Wielu elementów jest tu za mało, całego mnóstwa za dużo. Zbyt dużo liczb opisujących strzały oddane w poszczególnych westernach, zbyt mało słów, strzałów celnych, trafiających w czytelnika i przeszywających go na wylot. Podsiadło podsuwa nam utwór ciężki, pod maską lekkiego stylu skrywający trudne tematy, skłaniający do głębokiej refleksji pomiędzy wybuchami niezobowiązującego śmiechu i momentami wzruszenia. Być może cała trudność tej książki leży właśnie w jej pozornej lekkości, w niefrasobliwym podchodzeniu do spraw bolesnych?

Podsiadło udowodnił, że nie należy go szufladkować jako poetę o zawężonych z biegiem lat horyzontach literackich i wypracowanym, niemożliwym do przełamania stylu. Ta książka pokazuje nam go w nowym świetle – tak naprawdę ciężko powiedzieć, czy lepszym, czy gorszym, na pewno innym, świetle podkreślającym fakt, iż potrafi być również znakomitym prozaikiem i że wbrew obiegowej opinii jest nie tylko podstarzałym anarchistą, ale też przede wszystkim dojrzałym artystą, który nie boi się nowych wyzwań i dzielnie, a wręcz imponująco, stawia im czoła.

Jacek Podsiadło: Życie, a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé. Wydawnictwo Znak, Kraków 2008.

AGATA KOKOSŃSKA

Reklamy

Wydrzeć z lawy metafor…

Marzec 29, 2010 Dodaj komentarz

Przed podjęciem lektury „Wierszy” Krzysztofa Grabowskiego miałem pewne obawy… Przede wszystkim wynikały one z faktu, iż Grabaża kojarzyłem jako wokalistę – lidera punk – rockowej kapeli o dźwięcznej nazwie: Pidżama Porno. I tutaj narastał we mnie wewnętrzny dysonans w kwestii postrzegania Grabaża jako tekściarza/muzyka, czy też jako poety. Otóż jego skromnie zatytułowany tomik jest zbiorem, jak pisze wydawca na tylnej okładce, ‚wszystkich autorskich piosenek w nowym zmodyfikowanym zapisie”. Zrezygnowano w nim z refreniczności i wprowadzono kosmetyczne zmiany w strukturze tekstów, zapewne w celu przystosowania ich do tradycyjnego odbioru. Dlatego też spróbowałem podejść do tego tomiku jako zbioru poezji, nie zaś jak do książeczki z tekstami piosenek.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Przeglądając pierwsze strony zbioru znajdujemy kilka słów wstępu Pawła Dunina – Wąsowicza. Przybliża on w skrócie sylwetkę muzyka – poety oraz krótko wspomina o swej subiektywnej przygodzie z tekstami Grabowskiego. Całość zamyka twierdzeniem, iż ów „tomik ma być okazją do refleksji nie w kontekście punk rocka, ale choćby skamandrytów czy futurystów”. Czy rzeczywiście?

Pierwsze co się narzuca już po krótkim prześledzeniu kilku wierszy, to silne zakorzenienie podmiotu w rzeczywistości. Teksty epatują codziennością zarówno szarą i okrutną, oraz tą, która jawi się w jaśniejszych barwach. Częstym motywem przewijającym się w większości wierszy jest miasto, które zdaję się być pogrążone w ciągłym, gorączkowym ruchu, choć i nie brak też obrazów utrzymanych w konwencji onirycznej. Poprzez tego rodzaju ambiwalencję teksty można by podzielić na optymistyczne – pełne witalistycznej afirmacji, przypominające poetykę Skamandra, oraz te utrzymane w ciemnym kolorycie, bliższe katastrofistom, gdzie miasto staje się ogromnym, brudnym labiryntem pełnym niebezpieczeństw. Do pierwszej grupy można zaliczyć takie wiersze, jak na przykład: Ach co za dzień, Kocięta i szczenięta, do drugiej natomiast: Taksówki w poprzek czasu, Browarne bulwary, czy bardzo charakterystyczny Film o końcu świata „Jestem tylko pyłem / W milionowym mieście / Mam powszednią pospolitą twarz / Jestem tłem i przeraża mnie powietrze”. Równie przytłaczającą wizję zawiera utwór Czas Czas Czas„Ulice w skowycie, krew sączy się z ust do ust / Opuchnięte chore miasto trzyma się za brzuch / To jest nasz czas tu są nasze historie”. Pomimo tak silnego nacisku kładzionego na hic et nunc, nie mamy w przypadku Grabowskiego całkowitego wyrzeczenia się historii. Spora część tekstów poety traktuje o problemach społeczno – politycznych głównie z przełomu lat 80 i 90, co oczywiście wiąże się z ówczesną zmianą ustroju. Często też przeszłość stanowi bazę, która jest kontrastowana z teraźniejszością, jak to pokazuje Bal u senatora 93. Podmiot mówiący utworów Grabaża zdaje się być wnikliwym obserwatorem otaczającego go świata. Zręcznie wyjawia absurdy, obłudę i stereotypy zakorzenione w polskiej mentalności. Często w tym celu przemawia głosami młodocianego mordercy, rewolucjonisty, prostytutki, namiętnego kochanka. To rozczepienie podmiotowości początkowo może nieść ryzyko błędnego odczytania, lecz po głębszym rozeznaniu się w „Wierszach” problem zanika, ponieważ czytelnik zaczyna dostrzegać ironię, kpinę z danej postawy. Przywdziewając różne maski, poeta nie waha się używać języka potocznego, kolokwialnego lub wulgarnego. Robi to umiejętnie, choć zdarzają się fragmenty słabsze albo przeholowane. Na przykład fragment „monstrualna pizda żarłoczna jak kosiara” może żenować i śmieszyć, choć należy zaznaczyć, że przywołany cytat w kontekście całego Filmu o końcu świata, którego treść mówi o podświadomości, wydaje się być jak najbardziej na miejscu. Jednak z drugiej albo już i trzeciej strony, owe „przeholowania” przykuwają uwagę, są w stanie zszokować czytelnika. Stąd też pojawiają się momenty turpistyczne, które dość mocno zapadają w pamięć: „muchy żrą rozjechane głowy kotów”, „ślinią się poderżnięte gardła, kobieta z brodawkami / z łupieżem i reumatyzmem / z powykręcanymi palcami”. Poezję Grabaża charakteryzuje też bezpośredniość i śmiałość metafory. Nie unika tematów tabu, bez ogródek pisze o sprawach polityki (Welwetowe swetry, Katarzyna ma katar), religii (Ulice jak stygmaty), a także seksu (Noc jak noc, Raissa), czy zdradzieckiej miłości (Stąpając po niepewnym gruncie, Gdy zostajesz u mnie na noc). Obecny jest również motyw rewolucji (Permanentna rewolucja, Strzelaj lub emigruj, Welwetowe swetry). Bywa też, że pokrywa się więcej płaszczyzn, jak w Odlotowej Dorocie. Tego typu otwarte podejście do rzeczywistości znacznie uwiarygodnia problemy, które podejmuje Grabowski. Na uwagę zasługują również liczne odwołania intertekstualne. Widoczna jest fascynacja futuryzmem, która przejawia się nie tylko w sferze nawiązań bezpośrednich (But w butonierce, Styropian, Kiedy praży się Paryż), ale i w warstwie formalnej, czy też dokładniej fonicznej. Świadczyć o tym mogą szeregi następujących po sobie bliźniaczych dźwięków: „deszcz szczęścia strzał nad przepaścią” lub „szemrze szeptak szemrze”. Pojawiają się również odniesienia do dzieł dawniejszych, jak na przykład w obu Balach u senatora, które opierają się na kanwie motywów znanych z III części „Dziadów”. Innym razem Grabowski przywołuje też nowszą topikę w: „Znasz to z Schulza czy Almodovara” i „Nieznośnej lekkości butów” (która jest zabawną parafrazą tytułu powieści Milana Kundery). Natrafić można także na tropy filmowe: „A na fortepianie / Karol Marks z głową osła / zamienia się w piranię” – co sugeruje groteskowe nawiązanie do znanej sceny z „Psa Andaluzyjskiego”. Mamy również wiersz o znamiennym tytule Józef K. W sumie smaczków tego typu można odnaleźć na stronach tomiku znacznie więcej…

Reasumując, mamy do czynienia z twórczością świadomą, zgrabnie utkaną ze środków poetyckich. Wiersze mogą być atrakcyjne nie tylko od strony formalnej, ale i semantycznej (przynajmniej w większości). Są też ciekawe ze względu na ich skamadrycko –  futurystyczny klimat jaki tworzą oraz liczne odwołania kulturowe. Śmiało można rzec, iż „Grabażowe” teksty mogą spokojnie funkcjonować jako wiersze. Trzeba jednak przyznać, że część z nich może brzmieć sucho i może im brakować znaczącej puenty, co wynika z braku muzycznego podkreślenia. Niemniej twórczość Grabowskiego można uznać za godną uwagi, choćby ze względu na jej oryginalny charakter, jak i samą postawę twórcy – obserwatora „co z lawy metafor wydziera, twarz rysującą się świata”. Tego świata…

MIŁOSZ BARCICKI