Archiwum

Archive for the ‘Varia’ Category

Varia III

Maj 24, 2010 Dodaj komentarz

Witajcie!

Drodzy Czytelnicy! Dzisiaj w Variach tylko jeden tekst. Pamiętajcie o tym, że teksty opublikowane w Variach, to te które nie weszły do numeru. Przysyłajcie nam swoją twórczość, istnieje duża szansa że pojawi się ona na stronie „n – Tropii”!

Świt

Płomienie nocy zapełniały ciemność blaskiem nowego dnia.
Świat spał, nieprzygotowany na niespodzianki przyszłości,
pewien, że kolejne dni zawitają ze zwyczajnym pianiem koguta
i podniebnymi igraszkami światła i cienia.
Gdzie pan Dzień spotyka panią Noc?
Gdzie Pani Noc całuje pana Dzień?

Pamięć tego co minione zanikała, by dać nowe życie temu,
co ma dopiero się rozpocząć, a to, co kiedyś było,
walczyło o prawo do egzystencji w świecie wolnym od zapomnienia, fałszu i pogardy.
Wojna barw, świateł, ciemności, ognia, ziemi, powietrza i wody
trwała nieprzerwanie przez miliony lat
i nic nie zapowiadało, by kiedyś miało się to skończyć…
Świt nie nastąpił.

AGATA KOKOSIŃSKA

Reklamy
Kategorie:Varia

Varia II

Maj 17, 2010 Dodaj komentarz

Witamy!

Dzisiaj przeplataniec. Najpierw poezja, a później proza. Jedno dłuższe, drugie krótsze.

Życzymy miłej lektury!

Unaocznienie

Lśnień twych oczu, odległe, subtelne otchłanie,
Których słowa nie zdradzą, daremne staranie,
By ujęły to skrzenie rozmytych miraży,
Co ronią niby mgnienia ranne na twej twarzy,
Które zroszone, kryją wnętrza twych otchłani.

Spowitych echem woni, co nozdrza nasyca
Mocnym woalem wdechu twych źrenic strażnica
Gdy szklistą zieloności smugę, szkła zakrywa
Połyskiem. Skora złudy iluzjo niebyła
Wyjawić kocich dróg, ty tajemnic niesyta?

Co pod taflą zwierciadeł i mglistych zieleni,
Ty w swoich kazamatach witraż myśli mienisz,
Bym wciąż bez nici błądził szukając domysłem
Właściwych strun współbrzmienia, dźwiękiem lśnień rozprysłem
Mgnień twych oczu odległym, rozdzielnym wołaniem…

MIŁOSZ BARCICKI

Jeremiasz

„Co robi na przykład między nami ten blady sceptyk, nielitościwy jak sumienie? ten znudzony Jeremiasz z kruczą wróżbą zagłady? ten między tyngle zabłąkany germański romantyk z koturnowym sentymentem swej muzyki, nie znoszącym profanacji tłumu?…”

Witaj Filemonie! Gwiazdo szlaków szaleńczych, gniazdo orle, grzanko na języku!

Peter pociągał fajkę, zaciągał się jakby to było ostatnie tchnienie jego uśmiechu. Rzeczywiście. Przednie zęby dawno wleciały do gardła, tylne były zżółcone jak chińska szmata. Dymek rozchodził się nieszkodliwie.

***

– Jeremiaszu! Dlaczego…? – Marta pokrzykiwała już od godziny, wywijając przy tym swoimi grubymi wargami, które bez problemu mogłyby zastąpić czerwoną, wygodna sofę w buduarze. Jeremiasz splunął na drzewo, na drzewo spluwał, bielizna się suszyła. Będziemy grymasić salonowo.

– Aaa…nie pojmujesz tego, że smar samochodowy będzie w przyszłości najlepszym z wszelkiej maści lubrykantów. Marto, nie mam zamiaru hodować kolejnego pokolenia automatonów. Rozpaśliśmy się w rytuale Onana i to jest ten szczyt dzisiejszego Indywidualizmu! – Jeremiasz mlasną i pochylił się nad kartką papieru, na której bardzo wytrwale wydrapywał „Teorie B”, teorię, w której wszystko znaczy więcej niż znaczy, teorię naszego diabelskiego jestestwa. Marta przykucnęła na swoich obszernych łydkach i poczęła co chwile oglądać się na Jeremiasza..

– Miłość fizyczna nigdy nie będzie próbą zrekonstruowania Androgyne – zamyślił się, po czym dodał-Zawsze będziemy niepoetyczni wrzucając zuchwale różne przekąski w miejsca, na które nie wypada patrzeć. Mężczyzna najbardziej umiłował swoje spodnie, będzie częściej do nich tulił niż do kobiety. Szczęście to nie papieros, który dziwnym trafem nie złamał się przy wyciąganiu z opakowania. Szczęście to wypalenie tego papierosa do końca, a nikt nie zdołał do tej pory zauważyć, że zawsze pozostaje filtr. Jedyną możliwością, by się spełnić, jest rzucenie się z tym niedopałkiem w płomienie. Najdobitniejszym i ostatecznym imperatywem okazuje się jednak zasada, by zostawić ten świat takim, jakim jest, by zostawić ten świat nieskończonym i niepełnym, nie dać się zwęglić, ani nowym zasadom, ani temu paradoksalnie wyświechtanemu pojęciu szczęścia.

Bajanie o Atlecie

Jeremiasz mawiał:

Atleta, syn Słońca, potomek z rodu Sol – rydwan mięsni – jest strzałą wycelowaną w miękki płaszcz Boga, Jest Ikarem upadającym na spiętrzone jak drabina Jakubowa materace. Jest Adonisem myjącym się w ruczaju swego czoła. Atleta zadziera łokcie tyłem do tyłu, jego promienie ścięgien i ramiona w ramionach stadionu zakładają dźwignię na porządek świata. Naga szyja, ostatni bastion Wielkiego Ducha pręży się prężeniem tygrysim. Szczęka rozgryza tłumy, rozbija ciszę.

Strzał – początek tegoż świata. Trupy podrywają się z ziemi. Oddechy ich są siarką, mięso oderwaniem od Kości. Oczy ich krwawią nabrzmiałą czereśnią. Maszerują trupie płuca, gonią horyzont, gonią kres.

Atleta się zachłysnął – urodził się po raz kolejny. Tlen jest dobrem społecznym, bytem lekkich obyczajów, dobrem Natury. Natura jest Kurtyzaną o liściastych rzęsach, Rozpustnicą o udach smukłych jak pnie brzóz. Natura jest Wenerą o łonie porośniętym trawą, o piersiach falujących zbożem, śluzie jak rzeki w powykręcanych korytach. Natura jest meandrem myśli.

Atleta, młody Helios, ojciec gwiazd biegnie bólem, łukiem triumfalnym skurczu łydek. Atleta jest tęczą, którą wykreśla machnięciem reki. Atleta rodzi się w wysuszonej ślinie, w wilgoci czoła. Atleta straszy napięciem mięśnia trójgłowego, jest Cerberem bieżni. Oczy atlety rozpełzają mgłę znad rudego Styksu.

Chronos jest zbawieniem i śmiercią Atlety, ostatnim krokiem za białą linią mety. Finał to strzał w serce, pocisk z krwi, apogeum tętnicy.

Bądź więc Atletą życia!

Mawiało życie.

Kosmetyka ludzkości

Jeremiasz ujął drugie dłuto w dłoń, namoczył je jak pióro, namoczył je w ziemi i tym zapieczętował cyrograf. Jutro o świcie Lucyfer zapali chmury,

***

Piszcie o Odwadze! Odwadze dla prawdziwego życia, Odwadze dla Prawdy. Ta nędzna idea przynależności do owczego stadka, walcząca za rubryczkę w dowodzie osobistym, za kawałek szmatki, za nazwanie siebie „my” jest degradacją ludzkości. Sztuką nie jest zabicie dla kogoś, Sztuką jest zabicie dla siebie, za siebie.

Czymże jest tożsamość? Królową etykietek wżerających się w nasze ciało, mutujących nasze paznokcie w tipsy na ścianie płaczu. Jesteś Krogulcem? Bądźże Krogulcem, pięknym krogulcem! Miej swoje szpony, którymi zagłębisz się w to, co tylko Ty zechcesz. Bądź nieprzewidywalny w swojej egzystencji, buduj siebie wciąż na nowo! Człowiek nie ma wnętrza, ma tylko wnętrzności. Waginy na wystawie ulicznej w formie różowych kozaczków, penisy na twarzy usztywniane żelem do włosów – codzienność chodnika, prosta metoda na „my”, na świadomość prosięcia, na „delikatność bytu”. Prostytuujmy swoje jestestwo sztyletem, wrzynajmy się w swoją wątrobę, ukwiećmy naszą skórę bliznami. Bycie autentycznym jest piękniejsze od aromatycznej wazeliny.

W tym czasie kadłub Krzywej Marty podskakiwał energicznie, próbował uchwycić niebo, uchwycił jakiś kawałek materiału, starego płótna, płótna wymodlonego o zapachu stajennym. Ktoś kiedyś widział na nim syna boga, powiadają, że moda ta zyskała wielu idiotów. Jeden z nich po pijaku potknął się o stolik, w zamroczeniu usłyszał, że pewna książka przykazała mu siebie czytać, do dzisiaj cytują jego konfabulacje. Jeremiasz spokojnie udał się w tę stronę sadu. Zawsze o tej porze, pod koniec lata zrywał owoce z pewnym rozczarowaniem. Chciał, bowiem, by to wnętrzności ludzkie rozgrzewały jego serce i otwór gębowy. Chciał te flaki uczynić mlekiem jego matki.

***

– Taki właśnie był mój przyjaciel – powiedział Peter wytrzepując resztki popiołu – za bardzo święty w swym uświęceniu. Miał za zdrową szczękę, za szybko potrafił uchwycić każda filozofię, by potem ją rozszarpać. Jeśli juz chorował to z całych sił, jeśli wydalał to też z całych sił. Raz o mało nie zdefekował sobie żołądka. Oczyściłem się z popiołu, z niego nigdy nic się nie odradza – wyszeptał.

Historii pewna historia

Ta cała rzeczywistość była happeningiem pewnego podrzędnego cyrku. Ludzie w swej mrówczej egzystencji podskakiwali na trampolinie obijając łeb o sufit, boski „bezkres”. Poniżej tego przyrządu garbili się wszelcy myśliciele, błazny swej epoki, twórcy epok nowszych, takich wymuszanych płaczem, wyśpiewanych śmiechem, wytańczonych drgawkami epilepsji.

Jeszcze dla innych sufit ludzi był podłogą, deptali po nim namiętnie, wyciągali dłonie do liny, liny unoszącej się ponad bogiem. Zwiemy to pewnością czyjegoś istnienia. Dokonywali oglądu tej swego rodzaju prostej w sposób matematyczny: jawił się im jako twór bez końca i początku, a jednak twór niemetafizyczny. Oni najbardziej zdzierali sobie stopy o kobiety, szukali praw geometrycznych, które byłyby w stanie nieomylnie wyliczyć niewieści kształt.

Jeremiasz był inny. Jeremiasz zawsze przesuwał się po linie mlaszcząc, smakował w ten sposób świat i własny absurd. Jeremiasz był Smakiem. Jeremiasz był Słońcem, kto za bardzo się do niego zbliżył, ten się poparzył, kto chciał go dokładnie obejrzeć, temu wypaliło oczy. Jeremiasz był Słońcem, choć zbyt mało słońc mu przyświecało. Jeremiasz był Słońcem rozgrzewał gwiazdy, które ludzie zrywali, by zawiesić na własnych jabłoniach.

***

– Jaskinie! Jaskini chłodne kształty, nieregularne spazmy skał, nagie komnaty, miejsca gdzie człowiek rozmawia z własnym szeptem. Wrzód i suche jelito było by w nich czymś więcej niż środkiem stylistycznym, było by drogowskazem. Ktoś powiedział, że natura jest cykliczna, zapomniał dodać, że zamknięta w krągłości naczynia, w głębi wazonu, w jego pustocie. Garncarz okazał się skłamaniem, jego palce nigdy nie rzeźbiły naszych losów, jego nogi nigdy nie napędzały historii. Jesteśmy grudką gliny, która walczyła o swój kształt, a kształt nasz okazał się wymiociną niewolników. Jesteśmy gliną z utlenionych odchodów – oto nasza Substancja!

Historia pewnej histerii

Jeremiasz był znudzony, czuł jak ściany jego mózgu odpychają wilgocią. Miał zwoje upstrzone kokardami, szerokie półkule w spódnicach, pamiętał pierwsze rumieńce myśli – polerowane jabłka ludzkości, chropowate wianki dobra, suczej moralności. Miłość to taka koncepcja higieniczna z zielonymi drzazgami, z tamponami w nosie. Jeremiasz zawsze podziwiał rolników, gdyż jawili mu się jako chirurdzy życia, chirurdzy w czarnych płaszczach, którzy kłaniali się ziemi, by wyrywać jej owoce, by potem jeszcze raz upaść na kolana, powtarzający ten rytuał do zmierzchu, do czasu, kiedy wtoczą się w swoich spoconych koszulach między nogi pięknych dziewcząt.

***

– Pewnego dnia – kontynuował Peter – Jeremiasz kontemplował taki zmierzch pełny ubrudzonych rąk, ziemi za paznokciami, zmierzch opłakany rosą na butach i czołach, zmierzch deptany mnóstwem roztańczonych nóg. Udał się do ogrodu. Boso począł wygniatać swoją „Teorię B” pod jakąś jabłonią. Kreślił kształty bioder Ewy, kończył zdania na jej sutkach. Zmęczony złapał za literę „B”, za pośladki swojej pramatki. Kiedyś zdechnie śmiercią sobaczą.

***

WERONIKA TOPIELEC

Kategorie:Varia Tagi: ,

Varia I

Maj 10, 2010 Dodaj komentarz

Dobry wieczór!

Zapraszamy na nocną odsłonę poezji.

Pierwsze doniesienia z pola Pana

Nie krzyczmy, jeśli nie słyszeliśmy
dla nas istotna jest przecież każda informacja…
że na pokładzie u brzegu Pana
samolotu -lotu -tu sto i  i – mniejsza
o nazwę modelu – był…
(milczenie)(milczenie)(milczenie)
proszę mi pomóc, Panie
historyku, Antoni
Padewski
(milczenie jak refren, jak refren)
Ja wiem Panie…
(refren)
że to jest…
(refren)(refren)(refren)
bardzo zła informacja
bardzo zła mgła
bardzo duży chaos
wśród tych złych ruskich oczywiście
bardzo zła relacja z naszej strony
Panie yyy… Panie yyy…
Przepraszam,
(refren)
że nie wyliczę kilkudziesięciu
(więcej)(więcej)
a może ponad stu
nazwisk jak znaków we mgle
(na antenie nie wymienię tych nazwisk na lepsze)
Przepraszam za ten burdel wśród liczb
licznych Państwa
strat
z powodu złej widoczności
głów Państwa
przed telewizorami…

Po przeczytaniu – kliknij.

PAWEŁ KAZIMIERZ WÓJTOWICZ

***

Nike nie miała siły, by podnieść
wzrok
z jego mar –
twego ciała
uleciało to, co stanowiło
zapach, myśl i ruch warg
jeszcze wczoraj, przed minutą
przed wiekami praw –
dziwy.

Znieruchomiała, bo od –
kryła swą mityczność.
Znieruchomiała, bo roz –
dzieliła swą zwycięskość
między czas, który zastygł
w swym nie-stanie.

Podkulając skrzydła
zapytała siebie
ile jeszcze razy nie
zdąży
albo zniknie za szybko.

(Nike Legionów, Jacek Malczewski)

SANDRA TRELA

Kategorie:Varia Tagi: , ,